Protest, jaki planujemy, to tak naprawdę wołanie o szacunek, bezpieczeństwo i dostępność w ochronie zdrowia – mówią liderzy środowiska lekarskiego. W sobotę 11 września 2021 roku ulicami Warszawy mają przejść tysiące pracowników medycznych, po raz kolejny domagając się spełnienia postulatów, zgłaszanych nie od miesięcy, ale od lat.

Minister zdrowia Adam Niedzielski konsekwentnie twierdzi, że nie rozumie powodów protestu, bo „dialog ze środowiskiem medycznym trwa”, a żaden z wcześniejszych rządów nie przeznaczał na ochronę zdrowia tylu środków, co rządy Prawa i Sprawiedliwości. Od przedstawicieli ministerstwa można też usłyszeć, że choć być może nie wszystkie problemy są już rozwiązane, to przecież w najbliższych latach – wraz ze wzrostem nakładów na ochronę zdrowia, zaplanowanych na 2027 rok na 7 proc. PKB – łatwiej będzie i podnosić wynagrodzenia personelu, i zwiększać dostępność do świadczeń dla pacjentów.

– O co wam chodzi, panowie i panie? – zdają się pytać wprost minister i jego najbliżsi współpracownicy. Domyślnie: jeśli powody nie są jasne, jeśli nie wiadomo o co chodzi, to wiadomo, że chodzi o pieniądze, czyli wyższe płace. A te – zdaniem ministerstwa – rosną znacząco. Nawet, jeśli nie dla wszystkich. A poza tym wiadomo, że wynagrodzenia minimalne nie dotyczą lekarzy, bo lekarze zarabiają dużo więcej, niż przewidują ustawowe gwarancje.

Tymczasem – choć rzeczywiście konflikt między organizacjami zrzeszającymi pracowników medycznych a Ministerstwem Zdrowia i rządem zaostrzył się w momencie ostatecznego głosowania w Sejmie nad kształtem ustawy o wynagrodzeniach minimalnych, która (nieco tylko upraszczając) pominęła większość zawodów medycznych – głównym powodem, dla którego lekarze, pielęgniarki, ratownicy, diagności, farmaceuci zamierzają protestować, nie są wcale pieniądze, które wpływają co miesiąc na ich konto. Żądanie wyższych płac nie jest ani jedynym, ani nawet głównym postulatem. Jest, owszem, pochodną artykułowanych postulatów. Bo gdy lekarze, pielęgniarki i ratownicy mówią o bezpieczeństwie,  swoim i pacjentów,  domagają się lepszych warunków pracy. Takich, które nie będą zmuszać – z powodów ekonomicznych, ale też z powodów organizacyjnych, systemowych – do pracy po 100-120 godzin tygodniowo.

Jeśli nie o pieniądze chodzi, to o co? Przede wszystkim – o szacunek, który zwłaszcza w ciągu ostatniego roku stał się dobrem wręcz deficytowym. Symbolem braku tego szacunku może być wykluczenie samorządów i związków zawodowych lekarzy oraz pielęgniarek i położnych z prac nad ustawą o płacach minimalnych. Ale również forsowanie rozwiązań dotyczących na przykład zatrudniania specjalistów spoza Unii Europejskiej wbrew opinii środowiska lekarskiego i jego samorządu (dotyczy to również pielęgniarek i położnych) czy absurdalne „ściganie” eksperta Naczelnej Rady Lekarskiej, dr. Pawła Grzesiowskiego za krytykę ministerstwa i inspekcji sanitarnej.

Brak szacunku i respektu ze strony decydentów przekłada się na częstotliwość przypadku hejtu i agresji w stosunku do medyków. Instytucje państwa zaś są wobec tego zjawiska bezradne, co pokazały zarówno fizyczne ataki na punkty szczepień (nie słychać nic o losach sprawców, mimo upływu czasu), jak i fakt, że będący adresatem szczególnie nienawistnych komunikatów lekarz musi otrzymać ochronę policji, bo nikt nie jest w stanie ustalić autorów wpisów, porównujących go do doktora Mengele.

Fakt, że do ustawy 7 proc. PKB na zdrowie Sejm dopisał – na zasadzie wrzutki – większą ochronę dla pracowników punktów szczepień również nie rozwiązuje żadnego problemu, bo szwankuje egzekucja przepisów, nie ich brak. Problemem nie jest brak gwarancji, tylko ich papierowy charakter. Dotyczy to zresztą tak bezpieczeństwa, jak i dostępności świadczeń dla pacjentów i – last but not least – poziomu nakładów na ochronę zdrowia.

Małgorzata Solecka 

Możliwość komentowania została wyłączona.