Fot. Paweł Kula/www.sejm.gov.pl

Ustawa o płacach minimalnych jest już w Senacie. Jest niemal pewne, że mimo sprzeciwów Porozumienia Zawodów Medycznych, mimo apeli ze strony środowiska lekarskiego i wielu organizacji pracowników ochrony zdrowia, zostanie przyjęta bez poprawek i przekazana do podpisu prezydentowi Andrzejowi Dudzie. Czy tak się właśnie skończy marzenie o uchwaleniu przez Sejm – choćby w wersji kompromisowej – obywatelskiego projektu, regulującego zarobki w ochronie zdrowia?

Przesłanek do optymizmu nie ma: ustawa przeszła przez Sejm jak burza, PiS – przy wsparciu klubu Kukiz’15 i kilkunastu posłów Platformy Obywatelskiej (w tym prof. Alicji Chybickiej) – uchwaliło ją w niecałe półtorej doby od rozpoczęcia pierwszego czytania. Próba nie zablokowania, ale spowolnienia prac nad rządowym przedłożeniem, powzięta na Komisji Zdrowia przed rozpoczęciem prac przez posłów opozycji i przedstawicieli PZM, domagających się łącznego rozpatrywania projektu obywatelskiego i rządowego, została spacyfikowana przez wiceprzewodniczącego komisji, posła Tomasza Latosa, który obiecał posłom, że porozmawia z marszałkiem Markiem Kuchcińskim na temat takiej możliwości. Obietnica, o ile w ogóle została złożona w dobrej wierze, była od początku z kategorii niespełnialnych, bo Prawo i Sprawiedliwość w tej sprawie dostało jednoznaczne dyspozycje – projekt rządowy miał przejść przez Sejm szybko i bez żadnych zakłóceń. Projekt obywatelski był zaś bardzo poważnym „zakłóceniem” rządowej narracji o przywracaniu godności pracownikom zawodów medycznych i podwyższaniu – stopniowemu, ale jednak – najniższych płac w służbie zdrowia.

Wzmocnienie placówek publicznych 

Projekt obywatelski oczywiście zostanie przedstawiony w Sejmie – stanie się to prawdopodobnie pod koniec lipca. Sejm, to też można z dużym prawdopodobieństwem założyć, pochyli się nad propozycją przygotowaną przez PZM i po pierwszym czytaniu odeśle projekt do Komisji Zdrowia. Prominentni posłowie PiS uważają, że byłoby dobrze, gdyby została powołana podkomisja, która zajmie się problemem płac w służbie zdrowia, przy okazji prac nad projektem, pod którym zebrano niemal ćwierć miliona podpisów. – Jest raczej mało prawdopodobne, że Sejm uzna projekt za bezprzedmiotowy i odrzuci go w pierwszym czytaniu. To byłoby politycznie ryzykowne, zwłaszcza w momencie, gdy minister zdrowia chce wprowadzać duże zmiany – mówi nam jeden z posłów partii rządzącej. Choć zaraz precyzuje, że chodzi raczej o dużo zmian, które dotkną zarówno system, jak i jego głównych aktorów, przede wszystkim (przynajmniej w pierwszym etapie) pracowników ochrony zdrowia.

Kierunek zmian jest nakreślony, a minister i jego współpracownicy zaczynają (chyba trzeba dodać – nareszcie) grać w otwarte karty. Chodzi o wzmocnienie publicznych placówek ochrony zdrowia, nawet kosztem zniszczenia dużej części prywatnego sektora. Temu ma służyć sieć szpitali, której celem – jak powiedział podczas spotkania z dyrektorami mazowieckich szpitali wiceminister Piotr Gryza, główny architekt projektu – jest osłona publicznych szpitali, które oprócz zadań medycznych pełnią też rolę wspólnototwórczą, a ich likwidacja oznacza zawsze poważne społeczne napięcia. Wzmocnienie publicznych placówek, zwłaszcza szpitali, kosztem podmiotów prywatnych jest też wkalkulowane w ustawę o płacach minimalnych: ministerstwo w uzasadnieniu zawarło tezę, że mniejsze placówki, w których wielu pracowników zarabia znacząco poniżej stawek minimalnych określonych w ustawie, nie wytrzyma wzrostu kosztów, zaś pracowników przejmą podmioty publiczne. Resort opiera się przy tym na danych – kwestionowanych przez wielu ekspertów – według których zarobki pracowników medycznych w placówkach publicznych już w tej chwili są wyższe niż w sektorze prywatnym.

Komercyjne świadczenia w publicznych szpitalach? 

Ale to nie koniec „krucjaty”. Tuż przed czerwcowym długim weekendem resort zdrowia przekazał do konsultacji publicznych zapowiadany już w marcu projekt kolejnej nowelizacji ustawy o działalności leczniczej. W projekcie zapisano wiele nowych przepisów, jednak dwa zdecydowanie będą dominować w dyskusji nad pomysłami ministerstwa. Po pierwsze, resort zdrowia chce skończyć z praktyką zawierania przez szpitale umów dzierżawy (i wszelkich innych) na rzecz podmiotów, które wykonują dla placówki świadczenia. Mówiąc wprost – koniec z umowami outsourcingu. Jedynymi „podwykonawcami” świadczeń na dotychczasowych warunkach będą mogli być lekarze i pielęgniarki (ustawa nie ograniczy możliwości pracy na kontraktach). Po drugie, resort zdrowia chce bardzo szeroko otworzyć placówkom publicznym drzwi do komercyjnego udzielania świadczeń zdrowotnych. W uzasadnieniu do projektu resort zdrowia szacuje, że SPZOZ-y dzięki tej regulacji będą mogły zwiększyć swoje przychody o ok. 2 miliardy złotych, czyli 5 proc. z ok. 40 mld zł przychodów z NFZ, co odpowiada przychodom ze świadczeń komercyjnych, jakie uzyskują byłe szpitale powiatowe, przekształcone w spółki. Eksperci, na gorąco komentując wyliczenia ministerstwa, łapią się za głowy, bo wśród przekształconych szpitali większość stanowią niewielkie szpitale powiatowe, nie ma wśród nich szpitali specjalistycznych i klinicznych, w których kolejki są najdłuższe, świadczenia – najbardziej pożądane, więc pacjenci mają znacznie większą motywację do skorzystania z odpłatnych świadczeń. – Pierwsze pytanie należy zadać, jak zwykle w przypadku projektów pisanych w resorcie zdrowia, o skutki finansowe regulacji, zarówno dla szpitali jak i dla pacjentów. Rzeczywiste, a nie wzięte z sufitu – mówią zgodnie.

Sytuacja jest o tyle absurdalna, że Prawo i Sprawiedliwość od dekady oskarżało Platformę Obywatelską o chęć „kręcenia lodów” na publicznej służbie zdrowia, czemu miała służyć ustawa o działalności leczniczej promująca przekształcanie szpitali w spółki prawa handlowego. I swoje przed, a także powyborcze zapowiedzi w sprawach służby zdrowia zbudowało wokół hasła gwarancji bezpłatnego dostępu do leczenia dla wszystkich Polaków oraz – o czym mówiła w expose premier Beata Szydło – na wyraźnym rozgraniczeniu publicznego i prywatnego sektora, zwłaszcza w odniesieniu do szpitali. Teraz wszystko wskazuje, że minister Konstanty Radziwiłł, wprowadzając sieć szpitali, z jednej strony gwarantuje publicznym placówkom kontrakty z publicznym płatnikiem, ale również chce przejąć – dla szpitali publicznych – znaczącą (pytanie, jak bardzo, pozostaje otwarte) część środków, jakie Polacy płacą za leczenie z własnych kieszeni. W obszernym, i życzliwym dla ministra Radziwiłła wywiadzie na sprzyjającym PiS portalu wPolityce.pl Konstanty Radziwiłł tłumaczy, że Polacy już dawno pogodzili się z tym, że za leczenie trzeba płacić, tylko robią to w prywatnych placówkach, choć niejednokrotnie woleliby w publicznych. I choć służba zdrowia nadal pozostanie bezpłatna, minister tworzy taką możliwość, by chętni do płacenia – płacili. Minister przypomina, że pacjenci z własnej kieszeni płacą za leczenie nawet 40 mld zł (publiczny płatnik – niecałe 80 mld zł).  – I te pieniądze trafiają do tych placówek, które nie są SPZOZ-ami. Dlaczego nie moglibyśmy pozyskać tych pieniędzy właśnie dla tych szpitali? – pyta.

Szalupa ratunkowa dla budżetu

A co ze wzrostem finansowania publicznej służby zdrowia do minimum 6 proc. PKB? Konstanty Radziwiłł zapewnia, że ma w tej sprawie przychylność członków rządu, ale decyzja jest w rękach ministra finansów. Obiecuje, że wzrost nakładów będzie, ale nie pozostawia nadziei, że będzie on szybki.

Biorąc pod uwagę uwarunkowania budżetowe (program 500+, wcześniejsze emerytury, których skutki ZUS zacznie wkrótce odczuwać), projekt ministerstwa, umożliwiający komercyjne leczenie w publicznych placówkach można traktować jak kolejną szalupę ratunkową. Tu nie chodzi o spójność ideową, o realizację programu. Chodzi o ratunek. I nie dla pacjentów, a na pewno nie przede wszystkich dla nich. Bez skalkulowanego przez ministerstwo wzrostu nakładów o ćwierć punktu procentowego PKB rocznie przez najbliższą dekadę Narodowa Służba Zdrowia to okręt, który ma duże szanse zatonąć, zanim zostanie zwodowany. Choćby dlatego, że ustawa o płacach minimalnych, praktycznie bezkosztowa do 2019 roku (na skutek zamrożenia kwoty bazowej, czyli średniej krajowej z 2015 roku), od 2020 roku zacznie generować miliardowe obciążenia (łącznie do 2022 roku ma kosztować niemal 18 mld zł). Są też inne obietnice, zapowiedzi. Na ich realizację pieniędzy trzeba szukać nie w publicznej kasie, ale w kieszeniach pacjentów?

Małgorzata Solecka 

Możliwość komentowania jest wyłączona.