W połowie maja 2017 roku wydawało się, że wszystko jest już jasne: rząd przyjął, co prawda w nadzwyczajnym trybie projekt ustawy o wynagrodzeniach minimalnych pracowników wykonujących zawody medyczne, a kilka dni po tej decyzji Porozumienie Zawodów Medycznych ogłosiło, że pod obywatelskim projektem ustawy podpisało się ponad 239 tysięcy osób. Gigantyczny sukces, nawet biorąc pod uwagę, że samych pracowników – którzy powinni być żywo zainteresowani wejściem w życie przepisów – jest co najmniej 2,5 razy tyle…

Wiadomo, że nie wszystkie związki zawodowe i nie wszystkie środowiska w jednakowy sposób zaangażowały się w akcję zbierania podpisów, a na szczególne słowa uznania zasłużyło środowisko młodych lekarzy, z dużą determinacją walczące o rozpropagowanie informacji o obywatelskim projekcie w przestrzeni publicznej. Można zaryzykować stwierdzenie, że z sukcesem.

Dwa projekty czekają

Jednak jest już niemal koniec maja a sytuacja nie zmieniła się ani na jotę. Projekt rządowy utknął w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów – podobno z powodu redakcji wprowadzonej przez ministra zdrowia autopoprawki. Projekt obywatelski czeka na weryfikację podpisów. Rządowy projekt będzie miał w Sejmie pierwszeństwo, jeśli ma wejść w życie 1 lipca 2017 roku. A Konstanty Radziwiłł wydaje się zdeterminowany, by tak się stało. Bez względu na koszty, jakie złe prawo za sobą pociągnie.

Na wszystkich etapach prac nad rządowym projektem krytycy ustawy (niekoniecznie przeciwnicy podwyższania wynagrodzeń w ochronie zdrowia!) zwracali uwagę na jeden, podstawowy argument: minister, nakładając na placówki medyczne nowe obciążenia, winien wskazać i zapewnić źródło ich finansowania. Ten argument przewijał się jak mantra w opiniach nadsyłanych zarówno przez związki zawodowe jak i organizacje pracodawców. Zgłaszali go w konsultacjach publicznych przedstawiciele samorządów – organów założycielskich i w uzgodnieniach – ministerstwa, które są organami założycielskimi szpitali (np. MSWiA). Pojawiał się w opinii Narodowego Funduszu Zdrowia i Ministerstwa Finansów, które dodatkowo wskazywało ułomności w przygotowanej przez resort zdrowia ocenie skutków regulacji – zarówno jeśli chodzi o skutki dla finansów publicznych, jak i konsekwencje np. dla przedsiębiorców. Jeszcze na etapie prac w Komitecie Stałym Rady Ministrów opinie, przygotowane m.in. przez resort finansów oraz Rządowe Centrum Legislacji, można streścić jednym słowem: miażdżące. Rządowi legislatorzy podnieśli m.in. argument o możliwej niekonstytucyjności proponowanych przez resort zdrowia rozwiązań, ze względu na różnicowanie uprawnień do wynagrodzenia minimalnego ze względu na miejsce pracy.

22 maja w Ministerstwie Zdrowia, po 2,5 miesiącach przerwy, zebrał się Zespół Trójstronny działający (choć złośliwi twierdzą, że po odejściu wiceministra Piotra Warczyńskiego raczej „niedziałający”) przy ministrze zdrowia. Związki zawodowe i organizacje pracodawców miały nadzieję, że usłyszą od przedstawicieli ministra zdrowia (wiceministra Zbigniewa Króla i wiceminister Józefy Szczurek-Żelazko) kilka konkretnych informacji dotyczących najbardziej pilnych kwestii. Po trzech godzinach dyskusji, jak określili później przedstawiciele strony społecznej, prowadzącej tam gdzie zwykle, czyli donikąd, szefowa Sekretariatu Ochrony Zdrowia NSZZ „Solidarność” zażądała zwołania w trybie pilnym spotkania z ministrem zdrowia uznając, że zastępcom najwyraźniej nie wystarcza kompetencji do prowadzenia dialogu.

„Solidarność” nie wykluczyła, że jeśli rozmowa z ministrem Radziwiłłem nie przyniesie przełomu, możliwe jest nawet ogłoszenie pogotowia strajkowego w służbie zdrowia. Dla rządu Beaty Szydło byłby to niewątpliwie dotkliwy cios.

Mapa drogowa. Kiedy dojdziemy do finansowania ochrony zdrowia na poziome 6 proc. PKB 

Ale nie wszyscy pracownicy uważają, że rozmowa z ministrem zdrowia ma sens. OZZL i Porozumienie Rezydentów OZZL od dłuższego czasu wskazują, że jakiekolwiek rozmowy czy ustalenia, dokonywane bez udziału ministra finansów nie mają żadnego znaczenia. Bo to minister finansów, w ostatecznym rozrachunku, decyduje o tym, co najważniejsze – o  pieniądzach.

Konstanty Radziwiłł od roku zapowiada, że w ustawie o Narodowej Służbie Zdrowia znajdzie się  „mapa drogowa” dojścia do finansowania ochrony zdrowia z pieniędzy publicznych na poziomie 6 proc. PKB. Mapa drogowa, czyli rozpisane na osiem lat rozłożenie wzrostu finansowania o mniej więcej 1,5 p.p. PKB.

Problem w tym, że ani w lipcu 2016 roku, ani nigdy później obietnicy Radziwiłła nie kontrasygnował minister finansów. Zaś uważna lektura wywiadu, jaki 23 maja ukazał się na łamach „Dziennika Gazety Polskiej” każe sądzić, że Konstanty Radziwiłł doskonale zdaje sobie sprawę, że zaproponowane przez niego tempo wzrostu finansowania – i tak niewystarczające dla pokrycia potrzeb i kosztów generowanych przez system – jest raczej poza zasięgiem.  „6 proc. PKB to taki oczywisty cel. Ewentualne dyskusje mogą dotyczyć tylko tego, w jakim czasie do takiego poziomu dojść” – mówi minister zdrowia. Jeśli nie do 2025 roku, to może – 2030?

W Wieloletnim Planie Finansowym Państwa, przyjętym przez rząd pod koniec kwietnia, rzeczywiście założono stopniowy wzrost nakładów na ochronę zdrowia. Według tego dokumentu w 2020 roku nakłady publiczne na zdrowie wyniosą 4,4 proc. (w tej chwili – 4,5 proc.), w 2030 roku – 4,8 proc. Poziom 5,5 proc. Polska ma osiągnąć w… 2060 roku. Plan finansowy może być oczywiście korygowany, a tempo wzrostu finansowania wyższe.  „Zależnie od ostatecznego kształtu rozwiązań i rozstrzygnięć Rady Ministrów, struktura wydatków w 2020 r. może ulec zmianie” – zastrzega dokument, i tego właśnie argumentu trzyma się minister zdrowia tłumacząc, że jeśli będą gotowe ustawy i pozytywna decyzja rządu o środkach na ich realizację, zwiększą się też nakłady. Jeśli…

Bo na przykład na realizację przyjętej przez rząd ustawy o wynagrodzeniach minimalnych pracowników wykonujących zawody medyczne dodatkowych pieniędzy nie ma. A minister zdrowia uważa, że nie jest to problemem.

Płaca minimalna. Szpitale płacą i płaczą

 „Czy którykolwiek pracodawca ma refundowane to, że w gospodarce zostaje podniesiona pensja minimalna dla wszystkich pracowników? Nie. Dlaczego dla szpitali należałoby zrobić wyjątek?” – pyta minister w przywoływanym już wywiadzie z DGP.

Jest faktem, że wszyscy pracodawcy muszą honorować ustawowo regulowaną płacę minimalną – placówki służby zdrowia nie są tu żadnym wyjątkiem. I od początku 2017 roku, po podwyżce płacy minimalnej, szpitale „płaczą i płacą”. Dla nich znacząca podwyżka płacy minimalnej jest obciążeniem większym niż np. dla przedsiębiorców, którzy mają w ręku cały wachlarz możliwości dostosowania firmy do nowego prawa. Szpitale, które jak wielokrotnie podkreślał sam minister, przedsiębiorstwami nie są, zasadniczo mają też niewiele narzędzi właściwych przedsiębiorstwom działającym na rynku.

Ale Konstanty Radziwiłł ma dla dyrektorów szpitali cenną wskazówkę:  „W szpitalach pracują ludzie, których trzeba traktować z godnością. Czy zatrudnianie ludzi na etacie poniżej 1200 zł jest moralne?” – pyta. I sam sobie odpowiada: „W szpitalach pracują nadal ludzie, którzy zarabiają za mało, ale są też pracownicy, którzy zarabiają bardzo dużo.”

Czy to znaczy, że dyrektor szpitala ma zabrać lekarzom, którzy zarabiają więcej? Minister zdrowia, dr Konstanty Radziwiłł, stwierdza: „To już decyzja kierownictwa placówki medycznej”. Jak na ironię, w ocenie skutków regulacji projektu o płacach minimalnych sporo miejsca poświęcono spodziewanym efektom w postaci zachęt płacowych dla wysoko wykwalifikowanych pracowników medycznych – przede wszystkim lekarzy – do pozostania w kraju.

Efekt? Jest projekt dotyczący podwyżek, a nawet – dwa. Nie ma pieniędzy. Zarządzający placówkami i eksperci zajmujący się systemem ochrony zdrowia dość zgodnie twierdzą, że skutki ustawy rządowej będą trudniejsze do naprawienia niż osławionej „ustawy 203 złote”. Szanse na uchwalenie projektu obywatelskiego – praktycznie zerowe.

Tylko minister zdrowia nie traci wiary, że wszystko idzie w dobrą stronę.

Małgorzata Solecka 

 

 

Możliwość komentowania jest wyłączona.