Książka „Mali bogowie. O znieczulicy polskich lekarzy” Pawła Reszki rok temu była hitem, nie tylko w środowisku lekarskim. Książka o lekarzach i dla lekarzy, o systemie, o pacjentach, o codzienności polskiej służby zdrowia. W maju do księgarń trafili „Mali bogowie 2. Jak umierają Polacy”. Myli się jednak ten, kto sądzi, że Reszka napisał prostą kontynuację bestsellera.

W najnowszej książce sporo miejsca co prawda jest poświęcone bolączkom systemu ochrony zdrowia (zwłaszcza szeroko rozumianemu systemowi ratownictwa medycznego), jednak przede wszystkim jest to książka o Polsce. I o Polakach. O nas, widzianych zza szyby ambulansu medycznego. Autor z tej perspektywy dostrzega zachowania, postawy, nawyki, które chętnie, jako społeczność, zamietlibyśmy pod dywan.

Polska przez szybę karetki

Książka wydana przez wydawnictwo Czerwone i Czarne w dużo większym stopniu opiera się na obserwacjach i obrazach niż na rozmowach z bohaterami (tych jednak Reszce nie brakuje, znalazł świetnych rozmówców również wśród lekarzy pracujących na SOR-ach i w karetkach). Jednak to właśnie konfrontacja realiów, które autor mógł sam obserwować (znacznie dłużej niż miał szansę podczas pracy nad pierwszą książką), z tym co usłyszał od pracujących w systemie i od pacjentów oraz z deklaracjami odpowiedzialnych za system urzędników najlepiej obnaża słabości. Systemu, państwa, społeczeństwa.

Główne przesłanie „Małych bogów 2” ma źródło w scenkach reportażowych, których w książce jest sporo. I choć profesjonalistów medycznych większość z nich zapewne nie zaskoczy – ba, każdy lekarz, ratownik czy pielęgniarka, pracujący w systemie ratownictwa medycznego mógłby opowiedzieć ich znacznie więcej – są i takie, nad którymi trudno przejść do porządku dziennego. O których trudno zapomnieć.

Polska widziana przez szybę karetki nie jest krajem „miodem i mlekiem płynącym”. Nie jest nawet krajem znośnym. Może się zdarzyć, że podczas lektury trzeba będzie szeroko otworzyć okno, by zaczerpnąć świeżego powietrza, lub po prostu głębiej odetchnąć.

-Nie miałem pojęcia, że Polska tak wygląda – mówił mi Paweł Reszka, gdy spotkaliśmy się, by porozmawiać o książce. – Że w promieniu kilkudziesięciu kilometrów od wielkiego miasta (bo w takim rejonie jeździł Reszka z ratownikami, którzy zaprosili go do karetki) jest tyle brudu i zwyczajnej nędzy. Również w domach, które z pozoru wyglądają normalnie. Ale oprócz nędzy materialnej jest inna. Gorsza. Uzależnienia, prowadzące rodziny na dno społecznego piekła. Samotność przechodząca w upokarzające osamotnienie i opuszczenie. Niewydolność rozrywających się i coraz bardziej osłabionych więzi rodzinnych (i społecznych). Jeśli na to nałożyć niefunkcjonujący (lub źle funkcjonujący) system opieki społecznej, staje się oczywiste, dlaczego system ratownictwa medycznego, z jego częścią pomocy przedszpitalnej i SOR-ami (izbami przyjęć), musi źle funkcjonować. Protezowanie działań opieki i pomocy społecznej a niekiedy nawet policji to znacząca część pracy ratowników, pielęgniarek, lekarzy.

Zespoły Ratownictwa Medycznego. My nie jesteśmy od tego 

Zostawiając na boku wielokrotnie opisywane problemy systemu PRM (niepotrzebne wezwania karetek, zbędne wizyty pacjentów na SOR, odsyłanie pacjentów przez lekarzy POZ do szpitali etc., etc.), które w książce są opisane i wyjaśnione w sposób niezwykle solidny, w „Małych bogach 2” poruszone są też inne istotne – z punktu widzenia pracowników systemu – problemy. Choćby agresja pacjentów (choć części z nich nie sposób ani tak nazwać, ani tak traktować). Lekarze (ratownicy, również pielęgniarki) pracujący w karetkach i na SOR-ach są grupą najbardziej narażoną na niebezpieczne, niekiedy zagrażające ich życiu i zdrowiu sytuacje. Nie tylko dlatego, że duża część wezwań pochodzi z kręgów tzw. społecznej patologii. Zaraz na początku książki Reszka umieszcza wspomnienia ratowników ze śmiertelnego wypadku, w którym zginęło dziecko. Na miejscu, bez żadnych szans na ratunek. Ratownicy zostali pobici przez zrozpaczonego ojca, gdy chcieli przejąć ciało dziecka. To samo spotkało policjantów. „W końcu rzuciliśmy się na niego razem. Oni go trzymali, a ja mu pakowałem w dupę zastrzyki uspokajające. I tak prawie nam zasnął na rękach. Odprowadziliśmy go do domu. A tam matka… Zazwyczaj to się przeciąga na cały dzień. Bo jak ginie dziecko, to my już do wieczora jeździmy do tego domu. Ojciec zwariował – trzeba go wywieźć do psychiatryka. Matka zasłabła – trzeba ratować. Babcia umarła, trzeba obejrzeć, dzwonić po doktora, żeby stwierdził zgon. Nie ma fachowej opieki psychologicznej nad rodzinami ofiar wypadków. No więc jeździmy my i zbieramy ich tak pojedynczo. Bo co możemy? Współczuć? My nie jesteśmy od tego.”

„My nie jesteśmy od tego”. To mogłoby być motto „Małych bogów 2”. Zespoły ratownictwa medycznego nie są od zastępowania pracowników pomocy społecznej i wyręczania pracowników DPS w zakresie opieki nad zniedołężniałymi staruszkami. Nie ich rolą jest „matkowanie” samotnym, opuszczonym rodzicom, gdy dorosłe dzieci wyjeżdżają za granicę (na stałe, lub na wycieczkę). Nie są również wyjazdowymi terapeutami, których misją jest sklejanie nadwątlonych więzi rodzinnych.

„Ratujcie, ratujcie, trzeba ratować!” 

A wypełniają te wszystkie zadania. Obserwują skutki zmian cywilizacyjnych, jakie zachodzą w społeczeństwie. Ciężka choroba, umieranie, śmierć – przestaliśmy umieć z tym żyć i towarzyszyć bliskim w tych momentach. „Artur pamięta, jak kiedyś jeździło się do śmierci na wieś. Śmierć była czymś naturalnym, oswojonym. (…) Rafał: – Teraz od progu darcie mordy: „Ratujcie, ratujcie, trzeba ratować”. Ale ci powiem, że tu nie chodzi o ratowanie, nie. – To o co chodzi? Rafał: – Żeby się pozbyć tych półzwłok. Ludzie nie chcą teraz patrzeć na umieranie. Możesz tłumaczyć, że to nie ma sensu: „Szanowna pani, tatuś pani zejdzie na SOR-ze w otoczeniu obojętnych mu ludzi, nikt nie usłyszy jego ostatnich słów, a jak usłyszy, to będzie je miał w dupie. Tatuś powinien umrzeć tutaj, we własnym domu, w otoczeniu rodzinnego ciepła…”. Ale nie, ona swoje: „Ratujcie, ratujcie, trzeba ratować”. Czyli zabierzcie stąd to truchło. Nie mam ochoty na to patrzeć.”

Ale to tylko część problemu. Ratownicy podkreślają, że często bliscy bardzo chcieliby godnie zaopiekować się odchodzącym, terminalnie chorym członkiem rodziny. Kluczem jest słowo „godnie”. W przypadku chorych onkologicznych oznacza to opiekę paliatywną, hospicyjną. Wsparcie, na które w tej chwili trzeba – w ramach NFZ – czekać kilka miesięcy. „Mam wrażenie, że z tymi rodzinami nikt nie rozmawia. Pacjent, który ma rozsiany proces nowotworowy i trzy miesiące oczekiwania na opiekę paliatywną w domu, to jest chichot losu, bo co oni mają robić przez trzy miesiące? NFZ w Polsce jest kompletnie do tego nieprzygotowany.”

Niech nie wracają tu z jakąś pierdołą

Z jednej strony – niedostosowanie systemu do zmieniających się potrzeb pacjentów i ich bliskich, z drugiej – brak odwagi do ukrócenia roszczeniowości postaw części pacjentów. Od lat mówi się (i tylko się mówi), że trzeba wprowadzić (i egzekwować!) rachunki za bezzasadne wezwania karetki. Takich jest, jak przyznają lekarze i ratownicy, zdecydowana większość. Nie zawsze jest to wezwanie do spuchniętej wargi (ale takie TEŻ się zdarzają), ale bardzo często to dolegliwości, które na dobrą sprawę w ogóle nie muszą być konsultowane z lekarzem. A już na pewno – nie w trybie pomocy doraźnej.

Nierozwiązanym problemem (mimo wprowadzenia przy szpitalach poradni NPL) są oblężone SOR. Pacjenci, którzy z przysłowiowym tygodniowym kłuciem w lewym kolanie, zjawiają się w środku nocy (najchętniej w weekend) na szpitalnych oddziałach ratunkowych, budzą w personelu medycznym… mieszane uczucia. „Ordynator J.: – Dziewięciu na dziesięciu z nich nie powinno nigdy się tu znaleźć. Będą czekać.” Inny lekarz: „Oni muszą odczuć, że przyjście na SOR było błędem. Zderzyć się z obojętnością i chłodem. Tak, żeby nie próbowali już tu nigdy wrócić z jakąś pierdołą.”

I wbrew temu, co można sądzić, Paweł Reszka nie wyciąga z tych wypowiedzi wniosku o powszechnej w służbie zdrowia znieczulicy. Bezlitośnie punktuje „bomisiów”. „Wie pan, co to jest bomiś? Takie co mówi: „Bo mi się należy”. Bomisie są wszędzie. Ludziom się wydaje tak: „Wy od tego jesteście, ja na to płacę składki”. Wchodzi pan i pani na SOR, kobieta ubrana high level i mówi: – Ja jestem prokuratorem, a to jest mój ojciec. Więc pytam ją grzecznie: – A czy tacie oprócz tego coś dolega?”

„Mali bogowie 2” to książka, która strukturą przypomina cebulę. Każda warstwa to nowe wyzwania, nowe najczęściej nierozwiązane problemy. I nawet komuś, kto dobrze wszystkie zna, lektura może dostarczyć mocnych przeżyć. I wiele okazji do refleksji.

Małgorzata Solecka 

Możliwość komentowania jest wyłączona.