Fot. Fotolia

W ubiegłym roku 17 procent pacjentów w Polsce nie przeżyło operacji – alarmowały zwiastuny najnowszego filmu Patryka Vegi. Nic dziwnego, że „Botoks” jeszcze na długo przed premierą oburzył środowisko medyczne. Oburzenie uzasadnione, ale spokojnie. Jedynymi, którzy po obejrzeniu filmu powinni czuć się oburzeni i obrażeni, są widzowie. I to oni powinni dochodzić od twórców filmu odszkodowania za poniesione straty finansowe, emocjonalne i moralne.

Krytycy filmowi nie pozostawiają na filmie Vegi suchej nitki, punktując dramatycznie słabą grę aktorską przytłaczającej części obsady (bo trudno użyć słowa „artyści” w tym kontekście), fatalne dialogi, nie wiadomo z czego wziętą fabułę, a tak naprawdę – jej brak, bo ponad dwugodzinny film jest raczej zlepkiem scen, luźno powiązanych ze sobą gagów (niestety, na palcach jednej ręki, można policzyć te ocierające się o śmieszność).

– Ani jedna scena w tym filmie nie została zmyślona – zarzeka się reżyser, i trzeba mieć nadzieję, że nie zaklina się przy tym na nic, co dla niego drogie, bo nikomu źle życzyć nie można. Być może nawet podczas towarzysko-alkoholowych spotkań Vega rzeczywiście usłyszał kiedyś te wszystkie historie. Może nie zapamiętał szczegółów, tylko „ogólny wydźwięk”. A potem spisał swoje wrażenia i ułożył je w scenariusz filmu, który miał pokazać całą prawdę o służbie zdrowia, a pokazał jedynie, jak kiepskim reżyserem z wybujałym ego jest on sam.

Zdarzają się w filmie sceny, które mogłyby się wydarzyć (i pewnie w sumie nieraz się wydarzyły) w świecie realnym. Gdzieś tam, w Polsce, kiedyś (a może i teraz) znalazłby się ordynator oddziału położniczego, wydający zgodę na cesarskie cięcie za „dziękuję” zawarte w kopercie. Ba, o lekarzach, którzy pacjentom mówili, że koperta to jedyna forma powiedzenia mu „dziękuję” sama słyszałam przynajmniej kilka razy. Kilkanaście lat temu (film dzieje się w Polsce absolutnie współczesnej, sądząc po samochodach i przede wszystkim ujęciach Warszawy z lotu ptaka) relacje koncernów farmaceutycznych z lekarzami mogły przypominać – no dobrze, często nawet przypominały – to, co pokazuje film. Ale to już było, etap dawno zamknięty (a i tak w filmie mocno przerysowany). A i tak sugestia, że międzynarodowy (!) produkujący „prawdziwe” leki na receptę (!) wprowadza „kolejne fejki” z cukru pudru do aptek, w których zamiast farmaceutów pracują „zaufane” osoby, jest tak daleka od prawdy, jak „Botoks” od filmu klasy „B”. Oceny od krytyków 1/10, maksymalnie 2/10 (za niezłe ujęcia stolicy z lotu ptaka) nie są przypadkiem.

Bezkompromisowy cios w polską służbę zdrowia – to z kolei reklama filmu w wiodącej sieci kin. „Botoks” jest rzeczywiście bezkompromisowym ciosem: w kieszeń widza, jego dobry smak, poczucie realizmu. Jest to film nieprzyzwoicie zły i nieprzyzwoicie fałszywy. Nie dlatego, że pokazuje patologie. Dlatego, że jedyne co pokazuje, to patologiczne wyobrażenia o tym, co złego i dobrego w polskiej służbie zdrowia może się dziać i się dzieje. Pokazuje, po prostu, nieprawdę. Taką samą, jak ta o 17 proc. pacjentów, którzy w ubiegłym roku nie przeżyli operacji. Skąd ta „informacja”? W 2012 roku w „Lancecie” ukazał się artykuł na temat opieki pooperacynej. Autorzy, którzy przeprowadzili tygodniowe (!) badania w kilkuset europejskich szpitalach chcieli wykazać, że wielu pacjentów umiera, bo nie mają właściwej opieki (na przykład nie trafiają na OIOM). Śmiertelność pooperacyjną w Polsce określono na 17 proc. (na podstawie danych z czterech szpitali). Artykuł wzbudził gwałtowne protesty środowiska lekarskiego, m.in. towarzystw naukowych, które wykazały, że poziom śmiertelności pooperacyjnej w Polsce nie odbiega od średniej europejskiej i nie przekracza 2,5 proc.

Małgorzata Solecka

Możliwość komentowania jest wyłączona.