Ustawa o wynagrodzeniach minimalnych w ochronie zdrowia musi być zmieniona – co do tego zgadzają się i pracownicy, i pracodawcy, i Ministerstwo Zdrowia. Jednak na tym zgoda się kończy. Przez cały luty trwały prace przedstawicieli strony społecznej i resortu, ale ich rezultat jest niepewny. Nie wiadomo, czy uda się ustalić wspólne stanowisko. Powód? Oczywiście, pieniądze.  

Ministerstwo Zdrowia wraz z partnerami społecznymi – aczkolwiek tylko tymi „reprezentatywnymi”, w każdym razie tylko tacy mają prawo głosu, co sprawia, że wszystkie organizacje lekarskie korzystają wyłącznie ze statusu gościa – chce przygotować takie rozwiązanie, wokół którego nie będzie wielkich sporów. Chodzi raczej o kompromis niż bardziej ambitny konsensus, a w każdym razie o coś, co nie zostanie natychmiast oprotestowane.

Pracownicy oczekują przede wszystkim realnego, skokowego wręcz wzrostu płac. Pracodawcy nie mówią „nie”, ale żądają, by ten wzrost miał zagwarantowane finansowanie, zaś Ministerstwo Zdrowia i NFZ priorytetowo traktują uporządkowanie systemu wynagrodzeń. To znaczy – przede wszystkim – likwidację dodatków, jakie NFZ zdrowia na podstawie OWU przesyła do placówek.

Negocjacje dla wszystkich grup zawodowych razem 

To nie jest niespodzianka: już od dłuższego czasu eksperci, dyrektorzy szpitali, również urzędnicy NFZ zwracali uwagę, że negocjowane osobno z poszczególnymi grupami zawodowymi (pielęgniarkami, ratownikami, lekarzami) dodatki zaburzają proces zarządzania finansami i na poziomie płatnika i na poziomie poszczególnych szpitali. Postulowali włączenie dodatków do wynagrodzeń (na poziomie placówek), a na poziomie płatnika – ujęcia wynagrodzeń w taryfikacji świadczeń. Ministerstwo Zdrowia wzięło sobie te postulaty do serca i chce je zrealizować, choć akurat – o czym mówią głośno i organizacje pracowników, i pracodawców – czas pandemii nie jest optymalny na podejmowanie tak znaczących decyzji i przeprowadzanie zmian. Choćby dlatego, że resort nie jest w stanie zagwarantować, że na tych zmianach nikt nie straci. Organizacje zrzeszające pracowników ochrony zdrowia obawiają się czarnego scenariusza, w którym „porządkowanie” dodatków skończy się tym, że nie tylko nie wywalczą gwarancji podwyżek, a doprowadzą do faktycznego obniżenia zarobków.

Ministerstwo Zdrowia od roku zapowiadało „drgnięcie wskaźnikami” w ustawie o minimalnych wynagrodzeniach, przede wszystkim z myślą o mniej zarabiających pracownikach. Gdy jednak teraz prace zespołu wystartowały, strona społeczna usłyszała, że resort proponuje zamrożenie wskaźników – na 2021 i 2022 rok – i ich powolny wzrost rozłożony do 2027 roku. Jedyną korzyścią, na jaką mogliby w najbliższych dwóch latach liczyć pracownicy ochrony zdrowia, jest osiągnięcie w tym roku (pytanie, czy zgodnie z ustawą 31 grudnia, czy jak chcą związki zawodowe już 1 lipca) 100 proc. kwoty bazowej, czyli średniego wynagrodzenia w gospodarce w poprzednim roku.

Zamrożenie współczynników wynika, jak tłumaczy resort, z przewidywanego i bardziej niż prawdopodobnego spadku dochodów NFZ, powiązanego z pandemiczną obniżką PKB. Ministerstwo zakłada, że od 2023 roku sytuacja finansów w ochronie zdrowia zacznie się poprawiać i obiecuje pracownikom, że połowa prognozowanego wzrostu przychodów wynikających z ustawy 6 proc. PKB na zdrowie zostanie przeznaczona na wzrost wynagrodzeń.

 

Szybciej do 6 proc. PKB na zdrowie 

To nie wszystko. Minister zdrowia Adam Niedzielski podczas wstępnych rozmów ze stroną społeczną zasugerował też, że będzie walczyć o przyspieszenie tempa dochodzenia do 6 proc. PKB na zdrowie a nawet – podwyższenia tego progu do 7 proc. W rządzie coraz częściej mówi się również o możliwym wzroście składki zdrowotnej. Lub jej „uporządkowaniu”, czyli podwyżce obciążeń składkowych dla tych, którzy w tej chwili płacą minimalne, wynikające z przepisów, składki (np. przedsiębiorców czy części rolników). Rozważanych jest kilka wariantów, w tym również nałożenie na pracodawców obowiązkowej składki zdrowotnej (na wzór Czech i Niemiec, gdzie pracodawcy wręcz płacą większą część ogólnej puli składek, w przypadku Polski mowa raczej o 1-2 proc. obciążeniu, być może również rozłożonym w czasie), ale też prosta podwyżka składki, z podwyższeniem odpisu od podatku (w tej chwili 7,75 proc. z 9 proc. składki podlega odpisowi).

Dla środowiska lekarskiego kluczową kwestią jest zdecydowane odrzucenie przez Ministerstwo Zdrowia możliwości realizacji postulatu trzech średnich krajowych dla specjalistów, i odpowiednio niższych wskaźników (aż do średniej krajowej dla stażysty) dla poszczególnych grup lekarzy. Resort proponuje, by w 2027 roku wskaźnik dla lekarzy specjalistów wynosił 1,75 (lub w innej wersji – 1,96) kwoty bazowej. Gdyby taki wskaźnik zastosować dziś, minimalne wynagrodzenie lekarza specjalisty wynosiłoby ok. 9,2 tys. zł (lub 10,3 tys. zł).

Resort w trakcie rozmów przedstawił dane dotyczące wynagrodzeń (tylko pracowników etatowych) za styczeń 2021 roku. Oczywiście – średnich, wyciągniętych na podstawie danych przekazanych przez szpitale. I tak wysokość wynagrodzenia brutto lekarzy specjalistów wyniosła 7,1 tys. zł, wysokość wynagrodzenia brutto z dodatkami innymi niż za dyżur – 9,6 tys. zł, a całość wynagrodzenia, łącznie z godzinami dyżurowymi – ponad 13,6 tys. zł. W przypadku specjalistów z „jedynką” było to odpowiednio 6,8 tys. zł, 8,7 tys. zł oraz 10,8 tys. zł, a w przypadku lekarzy bez specjalizacji (ale z wyłączeniem rezydentów i stażystów, których Ministerstwo Zdrowia w ogóle nie uwzględniło w swojej prezentacji) – 5,1 tys., 6,3 tys. i 8,6 tys. zł.

 

Jakie założenia kolejnej reformy szpitali? 

Kolejna, ważna kwestia, to plany ograniczenia „presji płacowej” ze strony pracowników medycznych, ale przede wszystkim lekarzy. Nie można analizować ministerialnych propozycji w oderwaniu od planów, jakie resort kreśli dla obszaru szpitalnictwa. Na przełomie lutego i marca 2021 roku mieliśmy poznać założenia reformy (kolejnej reformy) szpitali, ale 26 lutego resort opublikował zarządzenie, zmieniające termin przedstawienia tego dokumentu na 31 marca. Ze wstępnych zapowiedzi wynika, że na stole leżą warianty podporządkowujące szpitale samorządowe – a raczej szpitale powiatowe – instytucjom centralnym: ministerstwu, NFZ, specjalnie powołanej agencji lub wojewodom. Następnym krokiem ma być, choć zapewne nie zostanie powiedziane to wprost, ograniczenie liczby placówek najniższych poziomów referencyjnych, przez konsolidację i przeprofilowanie. 

Szpitale powiatowe w ostatnich latach, tłumaczy resort, nakręcały popyt na świadczenia specjalistów, bo niemal każda placówka chciała świadczyć pełne spectrum usług. To spowodowało nieograniczone wręcz możliwości zarabiania dla lekarzy, a po stronie świadczeniodawców – wszystkich, ale przede wszystkich szpitali powiatowych i wojewódzkich – eskalowało koszty.

Resort zdrowia, podczas prac nad ustawą o wynagrodzeniach minimalnych przedstawił dane, z których wynika, że szpitale średnio wydają na wynagrodzenia 56-70 proc. swoich budżetów. Jednak te niższe wartości właściwe są tylko dla wąskiej grupy placówek, szpitali klinicznych i instytutów. Po pierwsze dlatego, że mają one dużo wyższe przychody, po drugie – wynagrodzenia zatrudnionych w nich rezydentów nie obciążają budżetów szpitali, które z własnych środków wypłacają im tylko wynagrodzenie za dyżury pełnione poza programem specjalizacji. Z kolei uczelnie „partycypują” w wynagrodzeniach pracowników naukowych, którzy łączą pracę na uczelni z pracą w szpitalu. Po trzecie, w szpitalach wysokospecjalistycznych duża część leczenia jest prowadzona przy udziale nowoczesnego sprzętu – co prawda taki sprzęt wymaga specjalistycznej obsługi, ale jest też dużym odciążeniem kadrowym. Szpitale powiatowe i część szpitali wojewódzkich na płace wydają nawet 75-80 proc. budżetów.

Taki model jest, zdaniem ekspertów od zarządzania i urzędników, nie tylko nieopłacalny, ale dysfunkcjonalny. Zwracają oni uwagę, że gdyby szpitale powiatowe ograniczyły się do roli, jaka została dla nich wyznaczona, czyli placówek z czterema podstawowymi oddziałami, nie wpadłyby w tak dużą spiralę kosztów. Przypominają też, że od dwóch dekad mówi się o konieczności odchodzenia od szpitalnego modelu leczenia jako podstawowej ścieżki pacjenta do modelu ambulatoryjnego. W najbliższych miesiącach okaże się, że pozostaniemy przy zapowiedziach, czy zaczną zapadać w tej sprawie konkretne decyzje.

Ministerstwo Zdrowia 26 lutego przedstawiło nowe propozycje, dotyczące zmian w ustawie o minimalnych wynagrodzeniach. Zamiast zamrożenia wskaźników na ten i przyszły rok proponuje ich nieznaczne podniesienie. Lekarze specjaliści mieliby skorzystać 0,04 proc. (podniesienie z 1,27 na 1,31), lekarze z pierwszym stopniem specjalizacji – 0,03 proc. (z 1,17 na 1,20), lekarze bez specjalizacji (ale również osoby wykonujące zawód medyczny z wyższym wykształceniem i specjalizacją, również pielęgniarki) – 0,01 proc. (z 1,05 do 1,06). Druga zmiana to przyspieszenie o pół roku dojścia do 100 proc. kwoty bazowej (czyli średniej krajowej z poprzedniego roku). Po takich korektach lekarze specjaliści zarabialiby w lipcu o ok. 200 zł więcej, niż mieliby zarabiać od 31 grudnia 2021 roku – ale tylko o 19 złotych więcej, niż w tej chwili otrzymują gwarantowanej pensji 6750 zł. Lekarze z „jedynką” zyskaliby ok. 150 zł, zaś lekarze bez specjalizacji – 52 złote. To wszystko kwoty brutto. Zdecydowanie bardziej mają wzrosnąć wskaźniki w niższych grupach, rozpoczynając od tej, do której zakwalifikowani są lekarze stażyści. Współczynnik 0,73 ma zostać zastąpiony wskaźnikiem 0,81, co oznacza wzrost o 0,08 proc. To oznacza, że stażyści zyskaliby nieco ponad 400 złotych.

Resort chce też dać ustawowe gwarancje, zakazujące pogorszenia warunków wynagrodzenia pracowników objętych do połowy 2021 r. regulacjami opartymi o odrębne strumienie finansowania (pielęgniarki, położne, ratownicy medyczni, lekarze posiadający specjalizację). Czyli – jeśli obecnie obowiązujące wynagrodzenie byłoby wyższe niż wynikające z ustawy o wynagrodzeniu minimalnym, zostanie utrzymane.

Małgorzata Solecka 

Możliwość komentowania została wyłączona.