Większość lekarzy nie lubi dziennikarzy, boi się mediów, bo nie rozumie ich istoty i nie zna swoich praw. Na studiach lekarskich nie uczy się zasad ani technik pracy z mediami. A szkoda, bo to zawód na wskroś medialny! Wśród lekarzy panuje wszechogarniające przekonanie o spisku, nieustannej nagonce i zmowie mediów przeciwko nim. Oczywiście na zlecenie ich mocodawców. Postmodernistyczna maniera noszenia zadartego nosa w chmurach, już dawno zwyczajnie przestała się lekarzom opłacać. Ale czy wszystkim?

 „Prasa musi mieć swobodę mówienia wszystkiego, by niektórzy ludzie nie mieli swobody robienia wszystkiego” – przekonywał w XX wieku Louis Terrenoire, francuski dziennikarz i polityk. Dyskurs społeczny (debata publiczna), rozumiany jako wyłanianie i interpretowanie najważniejszych kwestii będących przedmiotem społecznego zainteresowania, jest w demokracji niezbędny. Próba dławienia go przybliża nas ponownie do tyranii. Jakość tego dyskursu zależy od rzetelności informacji i zrozumiałości przekazu. W debacie społecznej uczestniczą media, pełniąc funkcję integracyjną oraz kontrolną, analizując i oceniając działania administracji publicznej, ujawniając szereg nieprawidłowości, na przykład związanych z funkcjonowaniem ochrony zdrowia.
Na działalność mediów wpływają przepisy prawa i uwarunkowania polityczne. Nieformalne grupy nacisku również mogą wpływać na kierunek działania mediów. Debata przy wykorzystaniu mediów jest na ogół zdominowana głównie przez polityków i wybranych ekspertów. Jeśli w programach pojawiają się zwykli ludzie, to występują oni na ogół w charakterze tła dla zaproszonych gości lub w roli osób pokrzywdzonych przez organizacje publiczne, bezradnych, nieudolnie dochodzących sprawiedliwości. Przekazanie obywatelom niepełnej informacji może powodować, iż albo nie uczestniczą oni w debacie publicznej, albo nie prezentują merytorycznie uzasadnionych stanowisk, a to z kolei może stanowić przyczynek do podejścia paternalistycznego i ograniczania przez decydentów udziału społeczeństwa w debacie publicznej.
Kontakt z mediami – chciany i niechciany – może dotyczyć każdego lekarza. Również tego, który pracuje w małej przychodni pod Puławami czy Parczewem, i tego, który leczy celebrytów, polityków i biznesmenów. W kilka minut lekarz może stać się bohaterem (pozytywnym, choć coraz częściej negatywnym) mediów wirtualnych i papierowych. Na spotkanie z dziennikarzami warto więc należycie się przygotować. Tak jest po prostu zbudowany współczesny świat.

Rozmawiać, czy nie
Pierwszego guza nabijamy sobie podczas nieudolnej identyfikacji dziennikarza. Kto to jest, jak go sprawdzić? Ma jakąś legitymację? A jak tak, to co? Przecież nie wiemy, że dziennikarzem jest osoba zajmująca się redagowaniem, tworzeniem lub przygotowywaniem materiałów prasowych, nie tylko pozostająca w stosunku pracy z redakcją, ale również zajmująca się taką działalnością na rzecz i z upoważnienia redakcji. Czyli praktycznie dziennikarzem może być każdy.
Niemałe emocje w wielu lekarskich umysłach budzi dylemat: czy z prasą w ogóle należy rozmawiać. Może lepiej schować się w szpitalnym brudowniku, aż nalot umilknie. Potężną naiwnością jest przekonanie, że jeśli nic nie powiem dziennikarzom, to oni nic o mnie i o nas nie napiszą. Lekarze nie domyślają się, że reporter radiowy czy telewizyjny często zna już odpowiedzi na pytania, które za chwilę zada lekarzowi, czy dyrektorowi szpitala. Jedyne, na czym mu tak naprawdę zależy, to by tę odpowiedź włożyć w usta swojego rozmówcy. Odmowa odpowiedzi na kłopotliwe pytania bywa dla dziennikarza nie lada gratką. Nazajutrz przeczytamy w lokalnej gazecie, że „pan doktor powiedział, że nic nie powie”. U odbiorcy prawdopodobnie pojawi się więc przypuszczenie: „czyli ma coś bardzo istotnego do ukrycia przed opinią publiczną w sprawie nagłego zgonu 26-letniej samotnej matki na parkingu szpitalnym”. Swoje zdecydowanie i nieustępliwość dziennikarze górnolotnie tłumaczą swoją epokową misją umożliwiania obywatelom udziału w debacie publicznej. A że lekarze stronią od publicznej debaty, choć są jej solą, to już zmartwienie lekarzy – ripostują z uśmiechem dziennikarze.
Tymczasem najczęściej młodzi lekarze z powiatowych szpitali pytają mnie, czy muszą odpowiadać na pilne telefony z redakcji. Bez wahania odpowiadam, że nie. Ale po chwili proszę ich o refleksję, czy nie warto by uspokoić opinii publicznej, co się dzieje z siedmioma ofiarami masowego wypadku drogowego, które przed godziną przywieziono do szpitala. Dziennikarze i tak się dowiedzą, często od osób mniej niż lekarze kompetentnych. A nieprecyzyjna informacja zaczyna żyć własnym życiem. A przecież dwa mądre zdania lekarza przed kamerą mogły zadziałać na nią z siłą tabletki poronnej.

Gęba na kłódkę!
Z mocy prawa prasowego, informacji w imieniu jednostek organizacyjnych są obowiązani udzielać kierownicy tych jednostek, ich zastępcy, rzecznicy prasowi lub inne upoważnione osoby, w granicach obowiązków powierzonych im w tym zakresie. Oni muszą, ale inni również mogą. I wtedy zaczynają się schody.
Niektórzy dyrektorzy szpitali, w rozkwicie swojej nieomylności i niedostatku pokory, zapominają lub świadomie lekceważą obowiązek umożliwiania dziennikarzom nawiązania kontaktu z pracownikami oraz swobodnego zbierania wśród nich informacji i opinii. Ignorancja i arogancja to dwie nierozłączne siostrzyce – jak mawiał już w XVI wieku Giordano Bruno. Ale dziś jest niewiele lepiej. Panowie i panie na dyrektorskich fotelach ośmielają się zakazywać swoim pracownikom kontaktów z mediami pod groźbą konsekwencji dyscyplinarnych za ciężkie naruszenie obowiązków służbowych. W jednym ze szpitali lubelskich ma to być nawet bezpieczna kładka do realizacji decyzji o organizacyjnym połączeniu dwóch szpitali.
„Wolność udzielania informacji jest częścią wolności sumienia, wolności wyrażania poglądów i wolności prasy. Każdemu wolno udzielać prasie informacji w zakresie nienaruszającym prawa, co wyklucza wydawanie zakazów kontaktów z prasą. W stosunkach pracowniczych zdarza się, że pracodawca lub przełożony w klinice zakazuje pracownikom wypowiedzi do prasy na tematy dotyczące zatrudnienia, kondycji zakładu, stosunków tam panujących. Takie zakazy są bezprawne” – ostrzega prof. Ewa Ferenc-Szydełko z Uniwersytetu Opolskiego.

Tłumienie krytyki
Nie mam dobrych wiadomości dla entuzjastycznych i chronionych partyjnymi układami i koalicyjnymi umowami reformatorów ochrony zdrowia, którzy za narzędzie realizacji swoich planów przyjmują tłumienie krytyki prasowej. Przypomnę tylko, że art. 44 Prawa prasowego przewiduje za to grzywnę albo karę ograniczenia wolności. Co więcej, tej samej karze podlega, kto nadużywając swego stanowiska lub funkcji działa na szkodę innej osoby z powodu krytyki prasowej, opublikowanej w społecznie uzasadnionym interesie.
Tłumienie krytyki ma krótkie nogi. Owszem, wywiera wrażenie na ludziach zalęknionych i miłośnikach świętego spokoju. Pamiętamy, że kłopoty byłego ministra zdrowia Mariusza Łapińskiego w 2002 roku nasiliły się po, z pozoru banalnych, wydarzeniach w jednej z warszawskich restauracji, gdzie fotoreporter robiący zdjęcia ministrowi i jego współbiesiadnikom, pomawianym tu i ówdzie o protekcjonizm, został napadnięty i pobity. Rzekomo z inspiracji ówczesnego ministra. Fotoreporterowi udało się ocalić zdjęcia. – To jest skandaliczne, nie mam innego słowa – komentował to zdarzenie ówczesny premier Leszek Miller. – Każda osoba publiczna musi z góry założyć, że będzie przedmiotem zainteresowania. Niedługo potem Miller zdymisjonował Łapińskiego, który już do polityki nigdy nie powrócił.
Jestem pewien, że wśród lekarzy i pielęgniarek są ludzie odważni. Dzięki nim dyskurs publiczny staje się pełniejszy, bogatszy i coraz mniej zamazany. Każdy obywatel, zgodnie z zasadą wolności słowa i prawem do krytyki, może udzielać informacji prasie. Nikt nie może być narażony na uszczerbek lub zarzut z powodu udzielenia informacji prasie, jeżeli działał w granicach dozwolonych prawem.

Marek Stankiewicz
rzecznik prasowy
Okręgowej Izby Lekarskiej w Lublinie

Możliwość komentowania jest wyłączona.