Budziński

„W ostatnich miesiącach media relacjonowały historie chorych, którzy nie otrzymali na czas potrzebnej im pomocy medycznej, co w niektórych przypadkach skończyło się tragicznie. Nie mogą się z tym pogodzić nie tylko najbliżsi pacjentów – reakcje opinii publicznej dobitnie świadczą, że te historie głęboko poruszyły całe społeczeństwo” – napisał w opublikowanym 24 maja br liście „Do przyjaciół Lekarzy” Bartosz Arłukowicz minister zdrowia. List wzburzył środowisko medyczne, komentuje go w „Dzienniku Bałtyckim” w rozmowie z Dorotą Abramowicz Roman Budziński prezes Okręgowej Izby Lekarskiej w Gdańsku.


Przeczytał Pan list otwarty ministra Bartosza Arłukowicza „Do Przyjaciół Lekarzy”?

Przeczytałem. Pierwsza myśl, jaka przyszła mi do głowy, związana była z obecną sytuacją polityczną. Panu ministrowi w związku z planowaną rekonstrukcją rządu pewnie pali się grunt pod nogami, więc zdecydował się na taką publikację. Trochę mi Bartosza Arłukowicza żal. Wiem, jakie ma narzędzia i możliwości. Dziś każdy szef resortu zdrowia podejmuje się misji kamikadze. Jednak funkcja, jaką pełni, niesie za sobą odpowiedzialność za słowa i czyny. Stając w opozycji do środowiska lekarskiego, pan minister zwyczajnie przesadził.


Wsadził kij w mrowisko, sugerując, że główny problem służby zdrowia leży w lekarskiej etyce, a raczej w jej braku?
To jest gorąca sprawa, którą zajmie się Naczelna Rada Lekarska. Na pewno listu Arłukowicza nie wolno zignorować.

Zdaniem ministra trzeba podjąć działania nad zmianą podejścia lekarzy do chorych, należy zastanowić się także nad zmianą mentalności środowiska lekarskiego. A to miałoby się wiązać z rewizją obowiązującego kodeksu etyki lekarskiej.

Polski kodeks etyki lekarskiej był wypracowywany przez dziesiątki lat i dziś należy do najlepszych kodeksów na świecie.

Jeden zarzut ministra jest szczególnie mocny. Twierdzi on, że społeczne zaufanie do lekarzy niszczą nie pojedyncze błędy, ale środowiskowa zmowa milczenia i źle pojęta zawodowa solidarność.

Nie zgadzam się z tą opinią. Samorząd lekarski wnikliwie bada każdy przypadek, w którym mogło dojść do naruszenia dobra pacjenta. Z drugiej strony jednak wszyscy zapominamy, że człowiek jest istotą śmiertelną.

Żyje jednak dłużej, a wiele chorób udaje się wyleczyć.

Medycyna rzeczywiście w ostatnich latach poczyniła ogromne postępy i znacząco wydłużyło się ludzkie życie. Wśród moich bliskich są też osoby, które skorzystały z dobrodziejstw rozwoju kardiologii inwazyjnej, niedostępnych dla pacjentów jeszcze przed kilkunastoma laty. Dziś jednak każde powikłanie uznawane jest za błąd lekarza i każda śmierć pacjenta bywa oznaką, że doktor źle zadziałał. Tymczasem leczenie bez powikłań jest niemożliwe, a dążenie do całkowitego uniknięcia cierpienia i śmierci – nierealne. My możemy jedynie zminimalizować owo cierpienie i próbować odsunąć w czasie to, co nieuchronne.

List ministra nie mówi o leczeniu, tylko o tym, jak traktowani są pacjenci. Czy zaproszenie do współpracy z lekarzami wybitnych bioetyków i powołanie komisji bioetycznej nie jest właściwym rozwiązaniem?

Ależ jest to dublowanie już istniejących w samorządzie lekarskim struktur! Nie po to w Okręgowych Radach Lekarskich działają rzecznicy odpowiedzialności zawodowej, pracują komisje etyczne i bioetyczne… W Gdańsku szefem komisji bioetycznej jest uznawany autorytet, konsultant Rady Europy ds. bioetycznych, dr Jerzy Umiastowski.

Szkoda tylko, że młodzi lekarze uczeni są przede wszystkim przedmiotów zawodowych. Etyka w uczelniach medycznych traktowana jest po macoszemu.

Do tej pory w ramach stażu podyplomowego dwa razy w tygodniu odbywały się zajęcia z prawa medycznego i bioetyki. I to samo Ministerstwo Zdrowia zadecydowało o likwidacji stażów. Wyraźnie świadczy to o niespójności działań pana ministra, który z jednej strony likwiduje te zajęcia, a z drugiej – wzywa do walki o etykę i powołanie kolejnych komisji.

Nie ma Pan wrażenia, że cały czas rozmawiamy o teorii? W praktyce mamy często do czynienia z zapracowanym lekarzem, biegającym na dyżurze między oddziałem a izbą przyjęć, który po zbadaniu trzydziestego pacjenta zapomina o grzecznościowych formułkach i etycznym podejściu do chorego. Czy nie lepiej zająć się naprawą systemu, zamiast bioetyką?

Bioetyka jest niezbędna. Idee wypracowywane w ciszy gabinetów są przekładane na życie codzienne. Medycyna musi opierać się na refleksji bioetycznej i humanistycznej. Trzeba przy tym stale pamiętać, że szpital to nie fabryka gwoździ, gdzie stoi się przy taśmie i produkuje na akord. My pracujemy na ludziach, przyjmujemy chorych, a nie świadczeniobiorców, którzy gubią się w systemie eWUŚ. To problem nie tylko Polski, z tym styka się cała współczesna medycyna.
rozmawiała Dorota Abramowicz

Cały list „Do przyjaciół lekarzy” Bartosza Arłukowicza

Możliwość komentowania jest wyłączona.