Gwałtowny przyrost liczby zakażeń i pogarszająca się sytuacja w ochronie zdrowia zmusiła rząd do podjęcia, po miesiącach praktycznej bezczynności, bardziej radykalnych działań. Jednym z nich było złożenie w Sejmie – rękami posłów PiS – tzw. ustawy covidowej. W ostatnim tygodniu października ustawę, z poprawkami, przyjął Senat. A następnie zajął się nią Sejm. Skutek? Opłakany.

Ustawa jest przedstawiana przez rządzącą koalicję jako – między innymi – remedium na bolączki systemu ochrony zdrowia w walce z pandemią. Między innymi, bo zawiera też cały szereg rozwiązań mających na celu zdyscyplinowanie obywateli (między innymi po jej wejściu w życie będzie już ustawowo nałożony obowiązek zakrywania nosa i ust w przestrzeni publicznej, co powinno rozwiązać problemy ze skutecznym ściganiem „maseczkosceptyków” i karanie ich grzywnami do tysiąca złotych – a więc podwyższonymi o 100 procent wobec stanu obecnego).

100 procent pojawiło się w ustawie zresztą nie raz. Ten drugi, bardziej interesujący lekarzy, to obiecany przez ministra zdrowia dodatek do wynagrodzenia dla pracowników medycznych, którzy będą pracować przy zwalczaniu pandemii. Będą pracować z pacjentami zakażonymi lub podejrzewanymi o zakażenie. Ponieważ w drugiej połowie października wojewodowie kaskadowo zaczęli wydawać decyzje przekształcające całe szpitale w jednostki covidowe, a w pozostałych – nakazywali tworzenie coraz większych oddziałów zakaźnych, można zaryzykować twierdzenie, że wkrótce większość, a na pewno znakomita część medyków będzie pracować właśnie z pacjentami zakażonymi. I im wszystkim minister obiecał 100 proc. dodatek do wynagrodzenia.

A następnie do projektu ustawy, która pojawiła się w Sejmie jako projekt poselski wpisano, że taki dodatek będzie przysługiwać tylko tym, którzy zostaną do pracy skierowani decyzją wojewody. Dlaczego, skoro podczas prac w sejmowej Komisji Zdrowia i w debacie plenarnej wiceminister zdrowia Sławomir Gadomski zapewniał, że choć gwarancje ustawowe dotyczą nielicznych, dodatki będą mieć wypłacani wszyscy, zaangażowani w walkę z pandemią? Nie wiadomo. Sejm uchwalił ustawę zgodną z założeniami rządowymi, ale Senat wprowadził poprawkę, przyznając prawo do dodatków wszystkim pracownikom placówek medycznych, zaangażowanych w walkę z pandemią. I Sejm, rozpatrując poprawki Senatu, tę akurat (jako jedną z nielicznych) – przyjął. A następnego dnia – posłowie PiS złożyli projekt nowelizacji z „konwalidacją błędu”. Czyli – wycofującą dopiero co przyznane dodatki powszechne, przywracającą ustawie brzmienie rządowe.

Jarosław Kaczyński, szef PiS, przekonywał w z mównicy sejmowej, że nie można na równi traktować tych, którzy leczą bezpośrednio chorych na COVID-19 z tymi, którzy telefonicznie udzielają porad. – Oni mają być potraktowani tak samo? To jest nadużycie moralne – mówił Jarosław Kaczyński, oskarżając opozycję o chęć „zniszczenia Polski”. – Jeśli Sejm przyjąłby poprawkę Senatu w sprawie dodatku covidowego, wiązałoby się to z wydatkiem w okolicach 40 mld zł rocznie. To by całkowicie zniszczyło NFZ i finanse publiczne.

To nic, że kwota, o jakiej mówił Kaczyński jest wzięta z sufitu – według opozycji, koszt poprawki senackiej w rzeczywistości wynosiłby ok. 4 mld zł. Tym razem 231 posłów zagłosowało za kuriozalną (z punktu widzenia legislacyjnego) nowelizacją ustawy, która nie została jeszcze nawet wysłana do prezydenta. A ponieważ Senat „konwalidacją błędu” zajmie się prawdopodobnie dopiero w połowie listopada, kwestia dodatków dla medyków zawiśnie w próżni (być może prezydent podpisze tzw. ustawę covidową, a być może PiS dojdzie do wniosku, że nie warto się spieszyć i choć „miliony Polaków czekają na tę ustawę” (tak grzmieli politycy tej partii, gdy opozycja o jeden dzień opóźniła prace nad projektem, żeby nie uchwalać prawa nie znając go), do podpisu prezydenta trafią obie ustawy łącznie.

Prezes Naczelnej Rady Lekarskiej, prof. Andrzej Matyja na gorąco komentując prace Sejmu nad „konwalidacją błędu” stwierdził, że posłowie biją rekordy absurdu. Trudno się nie zgodzić. Ale przede wszystkim – Sejm po raz kolejny pokazał, pokazała po raz kolejny większość sejmowa, zupełny brak szacunku do zasad dobrej legislacji. Do prawa, po prostu – stanowionego byle jak, bez koniecznej analizy skutków (społecznych, finansowych, prawnych itd.) wprowadzanych przepisów. Wydawać by się mogło, że gorzka lekcja z procedowania choćby pierwszej Tarczy antykryzysowej, w której znalazły się przepisy, umożliwiające deweloperom stawianie – z pominięciem prawa budowlanego – osiedli i budynków „antycovidowych”, będą dla posłów (i rządu) wystarczy. Okazuje się, że nie.

Nadal prawo stanowi się byle jak i pod wpływem impulsu. Jak inaczej wytłumaczyć fakt, że we właśnie uchwalonej ustawie antycovidowej rząd wrócił do pomysłu ściągania do pracy w Polsce lekarzy spoza Unii Europejskiej? Nowelizacja ustawy o zawodach lekarza i lekarza dentysty była uchwalana zaledwie w lipcu i wtedy – już na etapie prac w Sejmie nad poprawkami Senatu, tuż przed głosowaniem – Ministerstwo Zdrowia wycofało się z przepisu, który umożliwiał zatrudnianie lekarzy, głównie z Ukrainy i Białorusi w polskich szpitalach. Owszem, wirus był wtedy – przynajmniej dla części polityków – w odwrocie, ale akurat ministerstwo powinno w wakacje intensywnie planować strategię na okres jesienno-zimowy. Jeśli ktoś szuka ostatecznego dowodu (poza brakiem aktywności na polu szczepionek przeciw grypie, na przykład) na to, że żadnych prac nad strategią nie było – to chyba jest właśnie taki dowód. W efekcie wraca przepis w formie dla środowiska lekarskiego trudny do zaakceptowania, nawet w warunkach frontowych (bo coraz głośniej i dosadniej mówi się, że w tej chwili w Polsce dominuje medycyna katastrof, a nawet medycyna wojenna). W dodatku, w szczycie pandemii – przecież nie tylko w Polsce! – wątpliwy etycznie i mogący negatywnie rzutować na reputację międzynarodową naszego kraju. Jak byśmy – jako państwo, jako społeczeństwo – odebrali płynące z rządów Niemiec, Francji czy Wielkiej Brytanii zachęty dla naszych medyków do podjęcia natychmiast pracy przy zwalczaniu epidemii w tych krajach? My otrzymujemy tymczasem ofertę pomocy od prezydenta Niemiec, który pyta Andrzeja Dudę, czy Niemcy mogą coś zrobić dla Polski w związku z sytuacją epidemiologiczną…

Wreszcie trzecia – kto wie, czy nie najistotniejsza z punktu widzenia lekarzy – kwestia, jaką reguluje ustawa. Tak zwana klauzula dobrego Samarytanina. Miała zapewnić bezpieczeństwo prawne pracownikom medycznym, lekarzom, pielęgniarkom, ratownikom medycznym – wszystkim, których decyzje mogą rzutować na życie i zdrowie pacjentów – zaangażowanych do walki z pandemią. W kształcie, w jakim opuściła parlament, nie gwarantuje niczego. Raczej obiecuje, że błędy nieumyślnie popełnione będą mogły nie być karane. Gdzie w tych zapisach jest gwarancja? Zamiast niej politycy oferują uznaniowość i dobrą wolę prokuratury, a tak naprawdę, wczytując się literalnie w przepisy ustawy, lekarze i tak muszą się liczyć z postępowaniami karnymi, tylko prawdopodobieństwo wyroków skazujących będzie mniejsze (ze względu na specyfikę pracy przy pandemii). Gwarancji bezpieczeństwa na gruncie odpowiedzialności zawodowej i cywilnej nie ma żadnej, tu nie ma nawet obietnicy uznaniowości.

Już 20 października Prezydium NRL w przyjętym stanowisku podkreślało, że choć idea złagodzenia reżimu odpowiedzialności lekarzy i innych pracowników medycznych walczących  COVID-19 jest krokiem w dobrym kierunku, to zawarte w ustawie rozwiązanie „jest dalekie od oczekiwań środowiska lekarskiego”. – W pierwszej kolejności zastrzeżenia budzi to, że projekt ustawy ogranicza tylko odpowiedzialność karną lekarzy walczących z epidemią, tymczasem dla zapewnienia właściwych warunków pracy lekarza powinna być także ograniczona odpowiedzialność cywilna oraz odpowiedzialność zawodowa. Tych zapisów w projekcie ustawy niestety zabrakło. Ponadto przedstawione rozwiązanie ograniczające odpowiedzialność karną wymaga nie tylko, aby lekarz działał w ramach rozpoznawania lub zwalczania COVID-19, ale jeszcze aby działał w „szczególnych okolicznościach”. Dodatkowa przesłanka „szczególnych okoliczności” jest zwrotem niedookreślonym i pozostawia bardzo szeroki margines uznaniowości dla organów ścigania. Ograniczenie odpowiedzialności na podstawie projektowanego przepisu może więc okazać się jedynie pozorne i fasadowe. Co więcej, z faktu, że trzeba wykazać działanie w ramach szczególnych okoliczności wynika, że działanie lekarza w ramach rozpoznawania i leczenia COVID-19 nie jest szczególną okolicznością – samorządowi lekarskiemu trudno się z takim poglądem zgodzić. Udzielanie świadczeń zdrowotnych przez lekarza w ramach walki z COVID-19 nie jest zwyczajnym wykonywaniem zawodu, cechuje je właśnie taka nadzwyczajność, która sama w sobie uzasadnia ograniczenie odpowiedzialności karnej, cywilnej i zawodowej – czytamy w stanowisku.

Tego  i nie tylko tego – głosu środowiska lekarskiego decydenci i prawodawcy nie wzięli pod uwagę. Po raz kolejny.

Małgorzata Solecka 

Możliwość komentowania jest wyłączona.