W konsultacjach publicznych jest już cały pakiet zmian w przepisach zapowiedzianych przez premiera Donalda Tuska po wybuchu afery w warszawskim Szpitalu Południowym i ujawnieniu kolejnych informacji dotyczących nieprawidłowości w zatrudnianiu lekarzy. Pakiet część mediów określa jako „reformę systemu ochrony zdrowia”, jednak tak naprawdę o żadnej reformie systemowej mowy nie ma: są natomiast propozycje dotyczące uregulowania zasad wynagradzania oraz czasu pracy profesjonalistów medycznych a także okiełznania wydatków na wynagrodzenia, ponoszonych przez podmioty lecznicze (to jeszcze w sferze zapowiedzi). Jest też pomysł na wyraźne poszerzenie uprawnień kontrolnych Narodowego Funduszu Zdrowia, które mają obejmować również niektóre aspekty działalności podmiotów działających wyłącznie w sektorze prywatnym.
Zasadnicze pytania wydają się być dwa: po pierwsze, czy te rozwiązania są możliwe do pełnego, funkcjonalnego, wdrożenia? Po drugie, jaką korzyść odniosą z nich pacjenci? Na żadne z tych pytań nie ma, przynajmniej w tym momencie, jednoznacznej, pozytywnej, odpowiedzi.
Oprócz kwestii ograniczenia maksymalnych zarobków lekarzy w systemie publicznym kluczową kwestią są limity czasu pracy. Maksymalny - do równoważnika dwóch etatów (320 h), ma obejmować - jak podkreśla Ministerstwo Zdrowia - pracę w sektorze publicznym i prywatnym. Wówczas NFZ, który prawdopodobnie będzie zawiadywał „tachografem” i pilnował grafików, tak by nie dochodziło do ich nakładania się, będzie mieć możliwość uzyskiwania od podmiotów nieposiadających kontraktu z NFZ informacji o czasie pracy lekarzy. Jak to w szczegółach będzie wyglądać? Jakie będą sankcje np. za odmowę przekazania takich informacji lub ich nieprzekazanie? Jeszcze nie wiadomo. Ważne zastrzeżenie: będą możliwe wyjątki. W sytuacji konieczności ratowania życia i zdrowia (na przykład wtedy, gdy rozsypie się grafik dyżurowy na SOR) szpital będzie mógł dopuścić pracę lekarza, nawet jeśli miałby on przekroczyć maksymalny limit czasu pracy. Z kolei prezes NFZ ma mieć możliwość udzielenia warunkowej zgody, jeśli praca lekarza byłaby konieczna do zapewnienia niezbędnej ciągłości świadczeń. Taka zgoda miałaby by być udzielana maksymalnie na sześć miesięcy.
Równie ważny jak limit maksymalny ma być minimalny wymiar czasu pracy - równoważnik połowy etatu (w lecznictwie szpitalnym i w przyszpitalnych poradniach specjalistycznych). Ponieważ specjaliści będą musieli uzyskiwać zgodę na pracę w innych podmiotach od swojego głównego pracodawcy, widmo braków kadrowych w szpitalach, które w tej chwili ściągają lekarzy na pojedyncze dyżury lub do pracy w wymiarze dosłownie jednego dnia pracy (na przykład do wykonania dobrze wycenionych procedur) stanie się niezwykle realne.
Ministerstwo Zdrowia w ocenie skutków regulacji projektu ustawy, w którym zawarto te rozwiązania podkreśla, że pozwolą one na ograniczenie presji płacowej, jakiej teraz poddawane są szpitale - i że po zmianie przepisów sytuacja finansowa podmiotów leczniczych (których zadłużenie ogółem, co warto przypomnieć, wynosi ok. 37 mld zł, a zobowiązania wymagalne przekroczyły 5 mld zł) się poprawi. W OSR nie ma jednak ważnego zastrzeżenia: dotyczy to tych szpitali, które nie będą odczuwać „presji kadrowej” w związku z ograniczeniem podaży pracy lekarzy po nałożeniu na nich podwójnego ograniczenia (maksymalnego i minimalnego wymiaru zatrudnienia).
Więcej wymogów i ograniczeń (z powodu których ustawa już na tym etapie została nazwana „kagańcową”) pociąga za sobą konieczność poszerzenia kompetencji instytucji nadzorujących system. Przede wszystkim funkcji płatnika, choć nie tylko. Warto zwrócić uwagę, że do jednego z projektów wpisano na przykład sankcję dla podmiotów leczniczych, które nie dopełnią obowiązku przekazania danych na temat wynagrodzeń do AOTMiT – kara będzie mogła wynieść nawet 0,5 proc. wartości przychodów z kontraktu z NFZ).
Zdecydowanie najbardziej poszerzą się jednak uprawnienia Narodowego Funduszu Zdrowia. Prezes Filip Nowak, którego dymisja jeszcze na przełomie czerwca i lipca zdawała się wisieć na włosku (podobnie jak przesądzony wydawał się los minister zdrowia Jolanty Sobierańskiej-Grendy, która 23 lipca 2026 rok mogła jednak świętować rocznicę powołania na stanowisko szefowej resortu), tłumaczył pod koniec lipca dziennikarzom, że jest to konieczne, bo opinia publiczna wręcz utożsamia system ochrony zdrowia z NFZ (za sprawą logo płatnika na każdym podmiocie, od szpitala aż po aptekę, w którym obywatele realizują swoje prawo do opieki zdrowotnej). Płatnik musi mieć więc realne narzędzia - przede wszystkim kontroli.
Dlatego kontrole mają być realizowane również bez zapowiedzi. I choć będą dotyczyć przede wszystkim podmiotów działających na podstawie kontraktu z Funduszem, mogą sięgnąć również do tych, które nie korzystają z pieniędzy publicznych. Na przykład – prywatnych gabinetów, w których pracują lekarze zatrudnieni w szpitalach, w których wykryte zostaną przypadki omijania kolejki przez niektórych pacjentów. – Dziś Fundusz nie ma możliwości zweryfikowania, czy podejrzenie ominięcia kolejki do świadczeń nie wynika z tego, że pacjent był wcześniej przyjmowany w prywatnym gabinecie lekarza pracującego również w publicznym podmiocie. Jeżeli chcemy skutecznie uszczelnić system, musimy zostać wyposażeni w kompetencje umożliwiające także kontrolę prywatnych gabinetów - tłumaczył Nowak podczas spotkania z mediami.
Problemem dla płatnika jest w tej chwili szczupłość korpusu kontrolerskiego i problemy z pozyskaniem na rynku profesjonalistów medycznych, przede wszystkim lekarzy. Dziś przepisy nie pozwalają lekarzom-kontrolerom na podejmowanie pracy w systemie publicznym. NFZ chce zmian, które zostały wpisane do projektu ustawy. Ponieważ dostosowanie wynagrodzeń do poziomu, jaki lekarze w tej chwili mogą osiągnąć w podmiotach leczniczych nie wchodzi, zdaniem Nowaka, w rachubę, Fundusz chce dopuścić - pod pewnymi ograniczeniami, zmniejszającymi ryzyko konfliktu interesów - możliwość podejmowania pracy przez swoich kontrolerów w ramach systemu publicznego. - Nie możemy tworzyć etatów za 40 tys. zł. Chcemy, aby lekarze mogli wykonywać kontrole jako dodatkową pracę, poza swoim województwem i z zachowaniem wszystkich zasad bezstronności - zaznaczył prezes i ocenił, że korzyści dla bezpieczeństwa systemu są większe niż ryzyko związane z takim rozwiązaniem - zapewniał.
Warto przypomnieć, że od dobrych kilku lat, przy okazji dyskusji w Komisji Zdrowia nad projektem planu finansowego NFZ posłowie wnoszą o zwiększenie wydatków administracyjnych Funduszu, które utrzymywane są na poziomie poniżej 1 proc. przychodów płatnika i utrudniają m.in. prowadzenie racjonalnej polityki kadrowej (przede wszystkim właśnie w obszarze zatrudniania profesjonalistów medycznych ale też np. w pionie informatycznym). Padały propozycje, by zwiększyć ten pułap – ze względu na coraz większe obciążenia, nakładane na Fundusz - na przykład do 1,5 proc. Jednak żaden z rządów (po raz pierwszy te postulaty pojawiły się w pandemii COVID-19) na taki krok, mimo rekomendacji wielu ekspertów, się nie zdecydował.
Małgorzata Solecka

