Mamy największą liczbę zgonów nadmiarowych a po kilkunastu miesiącach pandemii oczekiwana długość życia Polaków zmniejszyła się o 1,4 roku - to jeden z najgorszych wyników w UE. W połowie grudnia OECD i Komisja Europejska opublikowały raport o zdrowiu w krajach UE w kontekście pandemii COVID-19. Wnioski dla Polski są okrutne: jesteśmy w grupie państw, które COVID-19 spustoszył najbardziej, jeśli chodzi o wymiar zdrowotny.

Trudno mówić o zaskoczeniu. Publikowane co miesiąc przez agencję Bloomberga rankingi odporności na COVID-19 największych gospodarek świata (obejmują 53 kraje) pokazują dokładnie to samo: co więcej, Polska również w wymiarach pozazdrowotnych mieści się w dole stawki, a gdy Bloomberg w listopadzie opublikował dodatkowy, roczny ranking, okazało się, że znaleźliśmy się w grupie absolutnych maruderów - państw, które ani razu nie wyrwały się z dolnych rejestrów rankingu.

Autorzy raportu KE i OECD nie mają wątpliwości: Polska swoją klęskę - bo w takich kategoriach należy rozpatrywać efekty walki z pandemią - „zawdzięcza” nie tylko ewentualnym błędnym decyzjom podjętym w ostatnich dwóch latach, ale przede wszystkim wieloletnim zaniedbaniom w obszarze ochrony zdrowia.

Kto wygrał, czyli nie tracił życia swoich obywateli bez potrzeby, ochronił ich zdrowie, przynajmniej w możliwym zakresie? Przede wszystkim państwa skandynawskie, ale też Cypr i Irlandia. W tych krajach oczekiwana długość życia nie spadła, liczba śmierci nie była wyższa niż średnia z ostatnich kilku lat, na podstawie której tworzone są prognozy na lata następne. W tych krajach, na co zwraca uwagę KE, systemy ochrony zdrowia od lat plasują się w czołówkach wszystkich rankingów (nawet, jeśli nie zajmują w nich pierwszych miejsc), a stan zdrowia społeczeństw jest dobry (na Cyprze, który na pewno nie jest liderem pod względem organizacji ochrony zdrowia, system w ogóle trudno porównywać do standardów europejskich, długość życia należy do najwyższych w UE).

Źródła klęski krajów takich jak Rumunia, Bułgaria, Polska czy Litwa to niedofinansowanie służby zdrowia, braki kadrowe (w Polsce - najmniej lekarzy i jeden z najniższych wskaźników jeśli chodzi o liczbę pielęgniarek w przeliczeniu na wielkość populacji), długi czas oczekiwania do lekarzy (również przed pandemią) czy bardzo wysokie dopłaty z własnej kieszeni do opieki medycznej. Autorzy raportu zauważają, że pandemia przyczyniła się do „bezprecedensowego wzrostu wykorzystania telekonsultacji z lekarzami podstawowej opieki”, ale przypominają też, że już do specjalisty łatwego dostępu nie było. W dodatku cały system opieki zdrowotnej, od profilaktyki po rehabilitację, był paraliżowany falami pandemii, a pacjenci niecovidowi napotykali poważne bariery (gwoli sprawiedliwości – nie tylko w Polsce) w dostępie do opieki medycznej.

W ciągu pierwszych dwunastu miesięcy walki z koronawirusem odsetek pacjentów w Polsce, którzy zgłaszali problem z dostępem do leczenia, wynosił 28 proc. Dla porównania w tym samym czasie średnia unijna wyniosła 21 proc. Wiele krajów już późną wiosną, a zwłaszcza w jesiennej fali, odczuło różnicę dzięki wysokiemu odsetkowi zaszczepionej populacji – wysokim dziennym liczbom nowych zakażeń nie towarzyszyły równie liczne hospitalizacje. Jednak w Polsce odsetek zaszczepionych jest na jednym z najniższych poziomów w UE.

Kolejnym kryterium oceny stanu zdrowia populacji jest parametr szacujący liczbę zgonów na 100 tys. mieszkańców, których dałoby się uniknąć. W Polsce wygląda on wyjątkowo źle - liczba zgonów, którym można zapobiec, wynosi w Polsce 222, wobec średniej unijnej 160.

Na tragiczny bilans pandemii wpływ ma również zły stan zdrowia przed pandemią, bo najbardziej narażeni na wirusa są ludzie starsi i schorowani. Jak czytamy w raporcie, 39 proc. dorosłych Polaków miało w 2019 r. przynajmniej jedną chorobę przewlekłą. To więcej niż średnia unijna, która wynosi 36 proc. Wśród osób po 65. roku życia wskaźnik rośnie już do 70 proc. – to jeden z aspektów, który od lat poruszany jest przy okazji wszystkich wielkich kongresów i konferencji zdrowotnych: Polacy nie tylko żyją krócej, niż społeczeństwa „starej UE”, ale krótsza jest długość życia w dobrym zdrowiu.

Na to nałożyły się ewidentne błędy, popełnione w czasie walki z pandemią. Polskim deficytem były i są dane konieczne do monitorowania pandemii: zdecydowanie mniejsza (najmniejsza w UE, tak naprawdę) liczba testów w przeliczeniu na milion mieszkańców, Polska w skali świata zajmuje 99. Miejsce pod względem intensywności testowania, plasując się między Libanem a Gabonem, jesteśmy daleko w tyle za najsłabiej (po nas) wśród unijnych krajów radzącą sobie z testowaniem Słowacją. Średnia, jeśli chodzi o tygodniowe testowanie w skali UE, była 2,5 krotnie wyższa niż polski wynik. Tylko 5 proc. Polaków korzystało z rządowej aplikacji umożliwiającej śledzenie kontaktów. Dla porównania w Irlandii i Finlandii było to ponad 40-50 proc.

Najbardziej bezpośrednim i przede wszystkim miarodajnym wskaźnikiem radzenia sobie z pandemią jest liczba tzw. nadmiarowych zgonów (różnica między liczbą zgonów w danym okresie a średnią liczbą zgonów z analogicznych okresów w ostatnich kilku latach). Polska należała do ścisłej czołówki państw, w których zgony i nadmiarowe, i z powodu COVID-19 należały do najwyższych. We wrześniu 2021 roku plasowała się na drugim miejscu po Bułgarii z liczbą 140 tys. nadmiarowych zgonów. W raporcie OECD, opublikowanym kilka tygodni wcześniej, Polska zajęła w tej statystyce drugie miejsce w świecie (po Meksyku) i pierwsze w UE, jeśli chodzi o cały czas pandemii (do października 2021 roku).

W 2020 r. nadmierna śmiertelność w Polsce była generalnie większa niż śmiertelność związana z COVID-19, zwłaszcza jesienią. Nadmierna śmiertelność od marca do grudnia 2020 r. (80 tys. zgonów) była ponad dwukrotnie wyższa niż liczba odnotowanych zgonów związanych z COVID-19 (29,1 tys. zgonów) w tym samym okresie. Nieproporcjonalnie dotknięte nadmierną śmiertelnością zostały osoby starsze: zgony wśród osób w wieku powyżej 65 lat stanowiły 94 proc. wszystkich nadwyżkowych zgonów w 2020 r. Eksperci KE i OECD, podobnie jak wielu krajowych autorytetów, analizujących dane dotyczące pandemii, nie mają wątpliwości: śmiertelność z powodu koronawirusa była wyższa, niż by wskazywały oficjalne dane (to jeden z efektów niskiej intensywności testowania, wiele osób umarło w domach lub w szpitalach ale jeszcze przed wykonaniem testu).

Pandemia skróciła średnią oczekiwaną długość życia o 1,4 roku. A przecież przewidywana długość życia w Polsce (76,6 lat) już wcześniej należała do jednej z najkrótszych w Unii (80,6 lat to unijna średnia). Obniżka średniej długości życia w Polsce należy (po Hiszpanii i Bułgarii) do jednej z najwyższych w UE. W Hiszpanii w 2021 roku może nastąpić pewna poprawa (w jesiennej fali COVID-19 nie przyniósł wielu zgonów, w przeciwieństwie do Bułgarii i Polski). - To największy taki spadek od czasów II wojny światowej – komentowała wnioski z raportu Sandra Gallina, szefowa Dyrekcji Generalnej ds. Zdrowia i Bezpieczeństwa Żywności w Komisji Europejskiej.

Wskaźnik oczekiwanej długości życia świadczy o rozwoju cywilizacyjnym - w ciągu poprzedzającej pandemię dekady średnia długość życia od chwili urodzenia konsekwentnie rosła. W całej Unii wartość tego wskaźnika podniosła się w tym czasie o 1,5 roku, choć w Polsce najszybszy wzrost nastąpił w latach 90., potem wyhamował a w ostatnich kilku latach nastąpiła stagnacja a wręcz – regres.

Raport zawiera również rekomendacje. Państwa członkowskie powinny więcej inwestować w prewencję, bo chociaż Europejczyków przez ostatnie dwa lata zabijał COVID-19, to nie sprawił on, że zniknęły inne przyczyny zgonów, jak choroby układu krążenia, oddechowego czy nowotwory. - Musimy też przekonywać młodych ludzi, żeby wybierali karierę w ochronie zdrowia i żeby chcieli w zawodach medycznych zostawać. W przeciwnym razie grozi nam powstanie pustyń zdrowotnych, gdzie dostęp do usług jest utrudniony przez wzgląd na braki kadrowe – podsumował Josep Figueras, dyrektor Europejskiego Obserwatorium Polityki i Systemów Opieki Zdrowotnej. 

Małgorzata Solecka 

 

Możliwość komentowania została wyłączona.