Ministerstwo Zdrowia przekazało pierwsze dodatkowe środki do budżetu NFZ. Bez 4 mld zł płatnik miałby problem z uregulowaniem nadwykonań za 2025 rok. Według wstępnych szacunków wartość tylko świadczeń nielimitowanych, za które Fundusz zapłacić zgodnie z przepisami musi, wynosi ponad 3,1 mld zł, łącznie z programami lekowymi.
Dodatkowe pieniądze to zawsze dobra wiadomość, jednak minister zdrowia Jolanta Sobierańska-Grenda, ogłaszając ją 20 lutego 2026 roku, po spotkaniu w centrali NFZ z marszałkami województw, miała i gorszą: luka finansowa w budżecie NFZ na 2026 rok, już w ubiegłym roku obliczana na ok. 23 mld zł, jest faktem. Chciałoby się dodać, że z faktami się nie dyskutuje - zwłaszcza, że plan oszczędnościowy „wisi na włosku”. Konkretnie, na włosku wiszą losy ustawy o wynagrodzeniach minimalnych pracowników ochrony zdrowia. Ani styczniowe, ani lutowe (18 lutego) rozmowy w Zespole Trójstronnym ds. Ochrony Zdrowia nie przybliżyły perspektywy konsensusu wokół ustawy nawet o milimetr. I choć wiceminister zdrowia Katarzyna Kęcka zapewnia, że ustawę znowelizować się uda i to w taki sposób, by nowe zasady weszły w życie przed 1 lipca (czyli - by nowelizacja miała sens), wydaje się, że mało kto - łącznie z minister Jolantą Sobierańską-Grendą - ten optymizm podziela.
Szefowa resortu zdrowia po decyzji o przerwaniu rozmów w Zespole aż do 16 marca zaczęła wręcz sygnalizować „plan B”, mówiąc publicznie, że ewentualny koszt realizacji ustawy o wynagrodzeniach minimalnych w 2026 roku, jeśli nie uda się jej znowelizować, wyniesie w drugim półroczu 4,5 mld zł. Jolanta Sobierańska-Grenda wyraziła opinię, że rekordowy budżet NFZ, opiewający w tej chwili na ponad 217 mld zł, z pewnością udźwignie taki wydatek.
Trzeba jednak pamiętać, że w 2024 i w 2025 roku kwota była niemal dwukrotnie wyższa, bo Ministerstwo Zdrowia z przygotowanych przez AOTMiT wariantów realizacji ustawy podwyżkowej wskazywało wariant maksymalny (choć w szczegółach te warianty się różniły). Mówiąc w skrócie, NFZ przekazywał pieniądze nie tylko na realizację podstawowych kosztów wynikających z ustawy, czyli podwyższenia wynagrodzeń do wartości minimalnych dla pracowników zatrudnionych na etatach, ale też innych kosztów osobowych, na przykład wyższych kontraktów. Wskazane przez minister Sobierańską-Grendę 4,5 mld zł wystarczą wyłącznie na realizację wariantu podstawowego. To, oczywiście, oznacza, że szpitale - które muszą się liczyć z oczekiwaniami płacowymi wszystkich zatrudnionych, znajdą się w niezwykle trudnej sytuacji konieczności wyboru między utrzymaniem personelu (i pogorszeniem sytuacji finansowej) a rezygnacją z części kadry, co będzie się wiązać z przynajmniej częściowym ograniczeniem działalności.
Warto pamiętać, że taki scenariusz był już rozważany w 2025 roku - szpitale do ostatniej chwili czekały na decyzję Ministerstwa Zdrowia dotyczącą wyboru wariantu realizacji ustawy, przestrzegając przed konsekwencjami przerzucania na świadczeniodawców kosztów związanych z oczekiwaniami płacowymi pracowników. W tym roku sytuacja się skomplikuje: szpitale, które w 2025 roku odnotowały stratę, muszą przygotować programy naprawcze, a minister zdrowia powtarza konsekwentnie: konsolidacja. Mówiła o niej również podczas wspomnianego spotkania z marszałkami województw, wskazując na możliwości, wynikające z tzw. ustawy szpitalnej, uchwalonej w ubiegłym roku. Ustawa ma ułatwić procesy łączenia i przekształceń szpitali, co - według Ministerstwa Zdrowia - pomoże rozwiązać jeden z kluczowych problemów systemu, czyli wojnę o kadry. Konsolidując szpitale, likwidując i przekształcając oddziały, samorządy mogą - przekonuje resort - znacząco zmniejszyć presję płacową i koszty osobowe, ponoszone przez świadczeniodawców. Paradoksalnie więc, wybór minimalnego wariantu finansowania ustawy podwyżkowej, dla szpitali (w dłuższej perspektywie) i dla systemu może okazać się korzystny.
To punkt widzenia decydenta. Sęk w tym, że konsolidacja i przekształcenia w pierwszej kolejności dotykać będą szpitali powiatowych, nie zaś marszałkowskich. Szpitale powiatowe a także starostowie swój punkt widzenia zaprezentują 3 marca, podczas protestu pod siedzibą resortu zdrowia, gdzie domagać się będą, m.in., pełnej zapłaty za świadczenia wykonane w 2025 roku oraz stabilizacji finansowania na bieżący rok (w tym - radykalnych decyzji dotyczących podwyżek dla pracowników, dlatego duża część środowisk pracowniczych protestu dyrektorów i samorządowców nie popiera).
Pracownicy zdecydowanie sprzeciwiają się jakimkolwiek zmianom w ustawie o wynagrodzeniach minimalnych i wskazują, że to nie one są prawdziwą przyczyną problemów finansowych systemu ochrony zdrowia. Jest nią zbyt niski poziom finansowania, wynikający, między innymi, z licznych przywilejów dotyczących nieodprowadzania lub wysokości składki zdrowotnej. Minister zdrowia potwierdza, że trwa „przegląd” grup uprzywilejowanych w zakresie obciążeń składkowych (to m.n. rolnicy czy służby mundurowe), ale czy w tej sprawie zapadną jakieś decyzje - nie wiadomo. Wiadomo natomiast niemal na pewno, że przygotowany przez Lewicę projekt, dotyczący zastąpienia składki zdrowotnej podatkiem zdrowotnym oraz włączeniem innych źródeł finansowania NFZ (m.in. podatek „tłuszczowy”, czyli od wysokoprzetworzonej żywności), nie zyska poparcia rządu - pod koniec lutego praktycznie wykluczył to minister finansów Andrzej Domański). Jolanta Sobierańska-Grenda miękko, po spotkaniu z Lewicą, dawała do zrozumienia, że projekt, który miałby (mógłby) doprowadzić do zwiększenia nakładów na zdrowie do realnych 9 proc. PKB (w tej chwili - ok. 6 proc. PKB), nie może się nie podobać ministrowi zdrowia, ale decyzje podatkowe leżą w rękach ministra finansów. Zapewne też w rękach samego premiera, a Donald Tusk - to również pewnik - radykalnego zwiększania wydatków na zdrowie i żadnych rewolucji w jego finansowaniu nie przewiduje.
Kolejny pewnik - związki zawodowe nie zgodzą się na nowelizację ustawy podwyżkowej (23 lutego niektóre centrale rozpoczęły przygotowania do ewentualnego protestu).
Co ciekawe, z danych MZ, zebranych w SP ZOZ-ach, wynika, że (w tych podmiotach) racja jest po stronie związkowców: liczby nie wskazują, by udział kosztów osobowych w ostatnich kilku latach (2020-2025) w ogólnych kosztach działalności znacząco się zwiększył, choć nominalnie niemal się podwoił. W 2020 roku na wynagrodzenia pracowników wraz z pochodnymi oraz kontrakty lekarskie i pielęgniarskie SP ZOZ-y wydawały ok. 35,5 mld zł (koszty ogółem nieco tylko przekraczały 60 mld zł, przy czym lwia część podmiotów to szpitale), w 2024 roku było to już 65,3 mld zł (koszty działalności ogółem – nieco ponad 109,5 mld zł).
Jeśli jednak wziąć pod lupę udział kosztów osobowych w kosztach działalności operacyjnej, w 2020 roku wynagrodzenia stanowiły 40,1 proc. Wynagrodzenia z pochodnymi - 48,2 proc., zaś całość kosztów osobowych (łącznie z kontraktami lekarskimi i pielęgniarskimi) - 60,2 proc. W 2024 roku było to odpowiednio: 39,1 proc., 47 proc. oraz 61,2 proc. Jeśli chodzi o udział kosztów osobowych w kosztach działalności ogółem SP ZOZ-ów, sytuacja jest jeszcze ciekawsza, bo porównując lata 2020 i 2024, jeśli chodzi o wynagrodzenia, odnotowano wręcz spadek:
- koszty wynagrodzeń 39,1 proc. vs. 38,1 proc.
- koszty wynagrodzeń z pochodnymi 47 proc. vs. 45,8 proc.
Dopiero po uwzględnieniu kosztów kontraktów lekarskich i pielęgniarskich widać wzrost z 58,8 proc. do 59,7 proc., a więc o niecały punkt procentowy.
To jednak dane dla podmiotów działających w formule SP ZOZ, bez szpitali publicznych, działających w formule spółek prawa handlowego, z których znakomitą większość stanowią szpitale powiatowe. To w nich, jak podkreślają eksperci ale też sami dyrektorzy, ma miejsce najostrzejsza „walka na wynagrodzenia” a stawki wynagrodzeń, przede wszystkim kontraktowych, są najwyższe - dyrektorzy za wszelką cenę chcą utrzymać zagrożone zamknięciem oddziały, stanowiące o być albo nie być szpitala. Szpitale powiatowe prezentowały już w latach poprzednich dane, z których wynikało, że wynagrodzenia pochłaniają nawet powyżej 70 proc. ich budżetów - i gdyby uwzględnić również tę kategorię, obraz mógłby ulec znaczącej zmianie.
Małgorzata Solecka

