Na początku kwietnia 2018 roku minister zdrowia chce rozpocząć narodową dyskusję na temat kierunków zmian w ochronie zdrowia. Jakkolwiek wysoko trzeba ocenić otwartość ministra Łukasza Szumowskiego na  na dialog, zapowiedź debaty na półmetku kadencji rządów niekoniecznie jest dobrym prognostykiem dla systemu ochrony zdrowia.

Debata miała oficjalnie ruszyć już w połowie marca, nie do końca wiadomo, co stoi za kilkunastodniowym poślizgiem (odliczając tydzień świąteczny, w którym trudno oczekiwać zainteresowania czymś innym niż porządkami świątecznymi, malowaniem pisanek czy pieczeniem mazurków). Z nieoficjalnych informacji wynika, że 5 kwietnia to termin ostateczny.

Bez tematów tabu

Minister Szumowski (na zdjęciu w środku) mówi, że chce położyć na stół wszystkie karty. Nie będzie tematów tabu – można się więc spodziewać, że w trakcie wielomiesięcznej (!) otwartej dyskusji wypłyną i takie tematy jak dopłaty od pacjentów, współpłacenie czy podniesienie składki zdrowotnej. Ale również – uporządkowanie koszyka świadczeń gwarantowanych czy regulacje dotyczące kolejek oczekujących.

Będziemy więc, można założyć, rozmawiać o tematach, o których dyskutowano już tyle razy, że naprawdę trudno policzyć. Przynajmniej raz w przeszłości – podczas obrad Białego Szczytu (początek rządów Donalda Tuska) rozmowy zostały zakończone listą wniosków i ustaleń. Nigdy jednak nie zostały wdrożone, a teraz – zdaniem szefa resortu zdrowia – mają wartość archiwalną.

Ustalenia narodowej debaty, jak w marcu tłumaczył dziennikarzom minister Łukasz Szumowski, mają być podstawą do przygotowania projektów ustaw i rozpoczęcia reform – tyle że w kolejnej kadencji. Bo debata potrwa minimum kilka miesięcy, być może niemal rok. Dokładnie za rok zaś będziemy w przededniu wyborów parlamentarnych, trudno więc spodziewać się jakichkolwiek wiążących decyzji w tak newralgicznych obszarach jak ochrona zdrowia.

Czy szklanka jest do połowy pełna, czy do połowy pusta? Czy należy się cieszyć, że po dwóch latach Prawo i Sprawiedliwość odeszło od dogmatycznej wizji zmian w ochronie zdrowia, której przewodnim motywem była likwidacja Narodowego Funduszu Zdrowia i powrót – w kluczowych obszarach – do publicznej własności podmiotów leczniczych? Czy też raczej należy się obawiać, że otwartość na dialog i debata mają osłodzić gorzką prawdę, że ochrona zdrowia (któryż to już raz) zostaje przesunięta w kolejce priorytetów i że głównym wnioskiem z debaty, zanim się jeszcze zaczęła, jest to, iż przez najbliższe dwa lata żadnych zmian systemowych nie będzie?

Sporym sukcesem ministra Łukasza Szumowskiego jest to, że w ogóle takie pytania są formułowane. Bo trzymając się faktów, abstrahując od intencji, raczej trudno mieć wątpliwości, że debata ma zastąpić zmiany, więc cieszyć się raczej nie ma z czego. Jednocześnie jednak trudno w ten sposób oceniać ministra, który bez wątpienia ma w sobie niesłychanie duży ładunek pozytywnej energii i dobrej woli. Te zaś konfudują zarówno dziennikarzy, jeszcze nie tak dawno oskarżanych przez resort zdrowia o „medialne spiski”, opozycję jak i ekspertów. W powietrzu wisi raczej oczekiwanie, być może podszyte sceptycyzmem, ale nikt nie chce wywracać stolika. Przynajmniej na razie.

Kwestie finansowe ważniejsze niż zmiany systemowe?

To jednak może się zmienić, jeśli dość szybko – najpóźniej w kwietniu – partnerzy społeczni nie poznają konkretnych propozycji resortu zdrowia, dotyczących kwestii finansowych. Jakie będą realne skutki skrócenia o rok dochodzenia do 6 proc. PKB na zdrowie? Jaki ostateczny kształt przybierze projekt nowelizacji ustawy o wynagrodzeniach minimalnych pracowników medycznych? W jaki sposób ministerstwo wyobraża sobie realizację porozumienia z rezydentami w części dotyczącej wynagrodzeń? To tylko niektóre kwestie, niewątpliwie bardziej zajmujące uwagę pracowników i pracodawców niż debaty o zmianach systemowych. Nastroje związków zawodowych – zarówno central związkowych, jak i związków branżowych – są niestety minorowe, a ewentualna realizacja podwyżek dla lekarzy, wynikających z porozumienia zawartego 8 lutego – nie będzie ich w najmniejszym stopniu tonować. O tym, co myślą pielęgniarki czy ratownicy medyczni o swoim położeniu, o warunkach pracy, o oczekiwaniach i o ugodzie ministerstwa z rezydentami można się przekonać, sięgając choćby do tekstów „Gazety Wyborczej” z cyklu „Szpitalny wyzysk”.

Jedno jest pewne: jeśli odpowiedzi na stawiane ministrowi pytania nie będą choćby w minimalnym stopniu satysfakcjonujące, można się spodziewać, że w najbliższych miesiącach, narodowej debacie (którą minister planuje z naprawdę dużym rozmachem), będą towarzyszyć mniej lub bardziej lokalne protesty.

Bo przecież są też kolejne kwestie, na pograniczu spraw bieżących i zmian systemowych (których, niezależnie od toczącej się debaty, nie da się całkowicie zahamować). Choćby – sieć szpitali. Na początku kwietnia będzie już jasne, jak duże straty poniosą 34 placówki sieciowe, którym nie udało się wykonać 90 proc. ryczałtu. Budżet tych szpitali – wśród których, jak informował w marcu p.o. Prezesa NFZ Andrzej Jacyna przeważają szpitale powiatowe, przekształcone w spółki – skurczy się prawdopodobnie nawet o jedną piątą. W NFZ, ale i w Ministerstwie Zdrowia można nieoficjalnie usłyszeć, że tych szpitali w ogóle nie powinno być, więc problemu nie ma. Jednak czy w roku wyborów samorządowych Prawo i Sprawiedliwość, nawet próbując obarczyć odpowiedzialnością (za przekształcenia) poprzedników, odważy się otwarcie powiedzieć, że publiczny płatnik powinien przestać finansować działalność kilkudziesięciu placówek?

Warto przy tym pamiętać, że kłopoty „ryczałtowe” dotyczą nie tylko maruderów, ale również tych, którzy z naddatkiem wykonali ryczałt. Mogą spodziewać się jego nieznacznego zwiększenia, które jednak w małym stopniu zrekompensuje koszty poniesione przy nadwykonaniach. W marcu już można było usłyszeć o szykowanych pozwach przeciw Narodowemu Funduszowi Zdrowia. Ani dyrektorów, ani przedstawicieli samorządów (zwłaszcza marszałków województw) nie przekonuje argumentacja szefa NFZ, że „nie zrozumieli idei ryczałtu”. Minister zdrowia zapowiada poważniejsze korekty w projekcie sieci szpitali – jest to tym bardziej prawdopodobne, że w marcu stanowisko stracił autor koncepcji, wiceminister Piotr Gryza. Z ministerstwem pożegnał się również Marek Tombarkiewicz, odpowiedzialny m.in. za system ratownictwa medycznego, choć w tym przypadku nie ma mowy o zejściu z kursu, wyznaczonego na początku kadencji: Sejm pracuje nad małą nowelizacją ustawy o państwowym ratownictwie medycznym, która wykluczy z rynku świadczeniodawców prywatne podmioty.

Nieoficjalnie wiadomo, że minister Szumowski chciałby samodzielnie dobrać sobie współpracowników do niełatwych zadań i wymienić przynajmniej jeszcze jednego wiceministra. Nie jest łatwo jednak znaleźć chętnych. Po pierwsze dlatego, że warunki pracy nie są satysfakcjonujące, a po ostatnich aferach z nagrodami dla członków rządu można się spodziewać, że praca na stanowisku wiceministra niebędącego jednocześnie posłem finansowo stanie się jeszcze mniej atrakcyjna. Po drugie, racjonalnie patrząc – o sukces będzie niezwykle trudno.

Dobra zmiana w informatyzacji

Pewnym wyjątkiem jest obszar informatyzacji – wiceminister Janusz Cieszyński już może na swoim koncie zapisać pierwsze zwycięstwo: błyskawicznie i w dobrym stylu przeprowadził przez Sejm i Senat projekt ustawy o e-receptach, mimo uzasadnionych zastrzeżeń samorządu lekarskiego, związanych przede wszystkim z brakiem konsultacji publicznych. Ponieważ jednak ustawa w największym stopniu dotyczy pilotażu, można przyjąć za dobrą monetę wyjaśnienia ministerstwa, że konsultacjom będą podlegać projekty przygotowane na podstawie wniosków płynących z pilotażu. Teraz wiceminister Cieszyński rusza z drugim projektem – Indywidualnego Konta Pacjenta. W konsultacjach jest już projekt ustawy, więc tempo budzi respekt.

Niczego jednak nie ujmując wiceministrowi Januszowi Cieszyńskiemu, jego dotychczasowe, błyskawiczne osiągnięcia obnażają smutną prawdę: mimo że na projekty informatyzacji i cyfryzacji ochrony zdrowia wydaliśmy do tej pory setki milionów złotych, w resorcie zdrowia ten temat leżał całkowicie odłogiem. Nie było osoby odpowiedzialnej za koordynację, kontrola nad postępami prac (a raczej ich brakiem) była iluzoryczna. Teraz jest – i już widać pierwsze (trzeba mieć nadzieję że nie ostatnie) efekty. O dobrą zmianę w innych obszarach nie będzie jednak łatwo.

Małgorzata Solecka

 

Możliwość komentowania jest wyłączona.