Ministerstwo Zdrowia i rząd nie realizują zapisów porozumienia, zawartego w lutym 2018 roku z lekarzami – rezydentami. Naczelna Rada Lekarska wzywa wszystkie Okręgowe Rady Lekarskie i wszystkie organizacje branżowe, a także środowisko pacjentów „do podjęcia działań skutkujących konsolidacją sił dla przyspieszenia niezbędnej, głębokiej reformy systemu ochrony zdrowia”.

Stanowisko NRL z 22 marca 2019 roku jest – zważywszy na kaliber oskarżeń i skalę problemu – niezwykle lakoniczne. Ale to dlatego, że nie jest to pierwszy głos samorządu lekarskiego w tej sprawie. Dokładnie tydzień wcześniej Naczelna Izba Lekarska przekazała informację dotyczącą korespondencji między Prezesem NRL a ministrem zdrowia, dotyczącej realizacji ustawy 6 proc. PKB. Konkretnie, nagłośnionych już w mediach – również w prasie lekarskiej – skutków metodologii, według której obliczany jest odsetek wydatków publicznych na zdrowie względem PKB.

W lutym prof. Andrzej Matyja, prezes samorządu lekarskiego, skierował do ministra zdrowia pytanie w tej kwestii. – Celem zapytania było uzyskanie odpowiedzi, jaki procent PKB przeznaczono w roku 2018, a jaki będzie przeznaczony w roku 2019 na ochronę zdrowia. Wobec pojawiających się w przestrzeni medialnej wątpliwości, w piśmie do Ministra Zdrowia Prezes NRL domagał się jednoznacznego określenia, z którego roku PKB był brane pod uwagę przy obliczaniu udziału wydatków na ochronę zdrowia w latach 2018-2019 – poinformowała NIL. Odpowiedź ministerstwa była formalnością: wskaźniki nakładów na ochronę zdrowia zostały zrealizowane. W roku 2018 nakłady osiągnęły 4,86 proc. PKB, a w roku 2019 będzie to 4,92 proc. PKB. – Niestety, w pełni potwierdziły się przypuszczenia Prezesa NRL co do przyjętej przez stronę rządową nieprawidłowej metody liczenia gwarantowanych nakładów na ochronę zdrowia. Ministerstwo Zdrowia potwierdziło bowiem, że do planowania wydatków na ochronę zdrowia na rok 2019 przyjęta została historyczna wartość PKB z roku 2017, czyli sprzed dwóch lat – czytamy w komunikacie NIL.

Co z porozumieniem z lutego 2018 roku?

Samorząd lekarski przypomniał, że jesienią 2017 roku, gdy protestowali rezydenci, chodziło przede wszystkim o zwiększenie środków w systemie i skrócenie okresu dochodzenia do 6 proc. PKB na ochronę zdrowia. Okazuje się jednak, że dzięki rządowemu sposobowi liczenia termin osiągnięcia poziomu 6 proc. PKB został de facto przesunięty. Zastosowaną metodologię liczenia wydatków na zdrowie samorząd lekarski uznaje za „rażący przykład” niedotrzymania ważnego punktu porozumienia z lutego 2018 roku, twierdząc, że „na etapie zawierania porozumienia, ani na etapie prac legislacyjnych nad ustawą nie wskazywano, że podstawą do dokonywania obliczeń nakładów na ochronę zdrowia będzie historyczna wartość PKB. Na taki zapis żaden z partnerów społecznych by się nie zgodził.”

To, jednak, nie jest prawda. Zapis, dzięki któremu punktem odniesienia jest PKB sprzed dwóch lat (w stosunku do roku bieżącego) pojawił się w projekcie ustawy już na przełomie października i listopada 2017 roku. Jak do tego doszło? Ministerstwo Zdrowia proponowało regułę „N-1”, czyli że przy obliczaniu odsetka PKB na rok 2019, brany pod uwagę byłby rok 2018. Na etapie prac w rządzie zaprotestowało przeciw temu Ministerstwo Rozwoju i Finansów (na jego czele stał wówczas Mateusz Morawiecki, a z jego upoważnienia resort reprezentowała obecna minister finansów Teresa Czerwińska), argumentując, że do takiego obliczenia potrzebne są dane (a nie wstępne szacunki), wobec czego należy zastosować regułę „N-2”. I przesunąć bazę o rok do tyłu. Rozwiązanie wsparł szef Komitetu Stałego Rady Ministrów Henryk Kowalczyk a resort zdrowia – sądząc przynajmniej po dokumentach, opublikowanych na stronach RCL – nie protestował. Projekt w tym kształcie został uchwalony jesienią 2017 roku przez Sejm, a choć i posłowie opozycji i strona społeczna (w tym organizacje lekarzy) zgłaszały do niego wiele uwag, nie dotyczyły one przyjętej metodologii liczenia relacji wydatków na zdrowie do PKB.

Co prawda, partnerzy społeczni nie mieli zbyt wiele czasu do refleksji (i uważnej lektury) projektu – przynajmniej w 2017 roku. Ustawa była uchwala w trybie ekspresowym, a co ważniejsze, projekt w ogóle nie był przekazany do konsultacji publicznych. Niemniej, od momentu jego uchwalenia do nowelizacji w lipcu 2018 roku, będącej wynikiem porozumienia z rezydentami, kiedy wpisano do ustawy skrócenie okresu dochodzenia do 6 proc. PKB o rok, czasu było już pod dostatkiem. Co więcej, był nowelizowany również artykuł dokładnie opisujący kwestionowaną dziś metodologię. Zabrakło, po stronie społecznej, czujności. Uśpionej, być może, rządowymi zapewnieniami o rosnących szybciej niż ustawowe minima, nakładach na zdrowie?

„NIE dla poniżania pacjentów i lekarzy”

– Byliśmy bardzo naiwni – mówią otwarcie rezydenci, którzy na początku 2018 roku twardo negocjowali z resortem zdrowia zarówno podwyżki płac (tu, choć nie osiągnięto satysfakcjonującego lekarzy poziomu, można mówić o względnym sukcesie) jak i wzrost nakładów. I środowisko rezydentów ponownie się mobilizuje. Nie tylko zresztą rezydentów. O akcji protestacyjnej coraz głośniej mówi również Ogólnopolski Związek Zawodowy Lekarzy. Wstępem ma być kampania społeczna „NIE dla poniżania pacjentów i lekarzy”. W miastach, przede wszystkim przy szpitalach, w połowie marca pojawiły się billboardy. OZZL nawołuje rządzących do opamiętania: – Pacjenci w kolejkach, lekarze na dyżurach umierają! – przypomina związek. Jeśli kampania nie przyniesie efektu, możliwa jest manifestacja (prawdopodobnie w czerwcu) lub nawet protest.

Lekarze podkreślają, że niedofinansowanie i zła organizacja systemu przyspieszają proces wypalenia zawodowego. Medycy są permanentnie zmęczeni, bywają niemili dla pacjentów. – Nikt nie ma jednak świadomości z czego to zazwyczaj wynika i z czym muszą się zmagać ze strony pacjentów i własnych placówek ochrony zdrowia. Fatalna organizacji pracy, brak miejsc dla pacjentów, brak środków. Mogą liczyć na słuszne wysokie oczekiwania pacjentów, ale nie mogą liczyć na żadne wsparcie tych, którzy zarządzają ich pracą i systemem ochrony zdrowia – przypomina OZZL.

Brak personelu, sprzętu, miejsc dla pacjentów 

O tym, że nie są to puste słowa, boleśnie przekonują zdarzenia, do jakich doszło – tym razem na południu Polski – w ostatnich dniach marca. Kilka, dzień po dniu, tragicznych wydarzeń w śląskich szpitalach: izba przyjęć w Sosnowcu (39-letni pacjent po dziewięciu godzinach od zgłoszenia na izbę umiera, szpital kontrolują NFZ i MZ, śledztwo prokuratury), SOR w Zawierciu (21-letnia pacjentka w ciąży z udarem kilka godzin czeka na pomoc), a to tylko najgłośniejsze z nich…

– Dokładnie wiem, jak wygląda praca w tych miejscach. Wielokrotnie brakuje personelu, sprzętu, możliwości oznaczania adekwatnych badań, miejsc dla pacjentów w odpowiednich oddziałach, czy w końcu obciążenie pracą jest bardzo duże, przekraczające możliwości lekarzy tam pracujących, a i często personel jest przemęczony z uwagi na wielogodzinne świadczenie usług medycznych, Musi to robić, ponieważ z powodu braków kadrowych nie ma innych na zastępstwo) – głos w sprawie bulwersujących opinię publiczną zdarzeń zabrał Bartosz Fiałek, rezydent, którego konflikt z dyrekcją szpitala w lutym stał się głośny w całej Polsce, a rozpoczął się – nie ma niespodzianki – od zarządzenia dyrekcji w sprawie organizacji pracy w SOR, zakładającego, że lekarze dyżurujący na oddziałach będą zabezpieczać również pacjentów w oddziale ratunkowym. – Nie usprawiedliwiam nikogo. Wskazuję, że błędy nie zawsze muszą wynikać tylko i wyłącznie ze złej woli czy braku empatii personelu medycznego, lekarzy. Zdarza się, że to organizacja procesów pracy wręcz uniemożliwia świadczenie usług medycznych zgodnie z aktualną wiedzą. A odpowiedzialność zawsze ponoszą pracownicy ochrony zdrowia, lekarze.

Odpowiedzialność, przede wszystkim, prawną. Ale trudno pominąć również aspekt społeczny. Choć dokładne okoliczności zdarzeń w Sosnowcu i Zawierciu bada prokuratura (i nie muszą się one pokrywać z relacjami rodziny pacjentów), „głos ludu” już przemówił. Internet nie pozostawia na lekarzach (szerzej – pracownikach szpitali, ale pod adresem lekarzy pada najwięcej ciężkich słów i są one najostrzejsze) suchej nitki.

Głosy oburzenia pod adresem ministra zdrowia i rządu się zdarzają, ale są naprawdę nieliczne. Niemal nikt nie pyta, jak była zorganizowana praca w izbie przyjęć czy na SOR, że mogło dojść do – ewentualnych – zaniedbań. Winni są lekarze: chciwi (bo chcą podwyżek), leniwi (bo na pewno zajmowali się wszystkim, tylko nie pacjentem), pozbawieni ludzkich odruchów. Po prostu – potwory.

Argument, że niedofinansowany (i to przewlekle) system funkcjonuje w sposób patologiczny i godząc się na 4,5 proc. PKB wydatków publicznych na zdrowie (w 2018 roku nawet znacząco mniej) powinniśmy zaakceptować, że do takich tragedii będzie od czasu do czasu dochodzić, nie przebija się do świadomości opinii publicznej. Przeciwnie – każda szpitalna tragedia może być (i zapewne, niestety, będzie) wykorzystana dla nastawiania pacjentów przeciw środowiskom medycznym.

Małgorzata Solecka 

Możliwość komentowania jest wyłączona.