Pracownicy, osoby pracujące na podstawie umów cywilnoprawnych, przedsiębiorcy oraz osoby ubezpieczone w KRUS mogą niebawem płacić wyższe składki zdrowotne. Słowem – wszyscy. Takie plany kreśli Ministerstwo Zdrowia, takie plany mają się też znaleźć w Nowym Ładzie, który premier Mateusz Morawiecki zaprezentuje, prawdopodobnie, w pierwszej połowie maja.

Prezentacja Nowego Ładu była już przynajmniej dwukrotnie przesuwana – oficjalnie z powodu trzeciej fali pandemii, która w tej chwili wyraźnie słabnie. Słabnie też powód, dla którego zmian – w dużym stopniu podatkowych, związanych z różnego rodzaju obciążeniami i ulgami – rząd nie miałby zaprezentować. Chyba że na przeszkodzie stanie nieoficjalny powód, dla którego Nowego Ładu jeszcze oficjalnie nie poznaliśmy: tarcia w Zjednoczonej Prawicy. Również dotyczące kwestii finansowych i fiskalnych.

Dotyczą one również kwestii związanych z finansowaniem ochrony zdrowia. Ministerstwo Zdrowia od mniej więcej lutego, początków marca, kreśli przed partnerami społecznymi w ramach negocjacji dotyczących wzrostu płac minimalnych w ochronie zdrowia perspektywę wzrostu wydatków publicznych w tym obszarze ponad to, co wynika z tzw. ustawy 6 proc. PKB na zdrowie. Po kilku latach zapewnień, że ustawa ta gwarantuje „historyczny wzrost finansowania” przedstawiciele ministerstwa przyznają – choć ciągle nie w otwarty sposób – że co prawda pieniędzy nominalnie jest więcej, ale wystarczą… na to samo. Że trudno mówić o jakiejkolwiek wartości dodanej, skoro wzrost nakładów jest zżerany przez wyjątkowo wysoką w sektorze usług (zwłaszcza zdrowotnych) inflację.

Dlatego Ministerstwo Zdrowia chce zastąpić mapę drogową dochodzenia do 6 proc. PKB w 2024 roku inną mapą, zgodnie z którą w 2025 roku mielibyśmy wydawać na ochronę zdrowia 7 proc. PKB. Czyli – sprowadzając rzecz do konkretów, niewiele więcej niż w 2017 roku postulowali w czasie protestu rezydenci („6,8 proc. PKB na zdrowie, teraz!”), jako absolutne minimum, o którym mówi WHO w przypadku krajów wysokorozwiniętych. Celem powinno być – jak podkreślają eksperci – raczej 9-10 proc. PKB, choć oczywiście ten poziom w naszej sytuacji (4,5 proc. PKB według ostatniego raportu OECD) wydaje się nieosiągalny.

Wizja, jaką kreśli Ministerstwo Zdrowia – na razie nieoficjalnie, przede wszystkim w przekazach medialnych, opiera się na założeniu, że w najbliższych latach wzrosną – i to w znaczący sposób – obciążenia składkowe. Po kilku latach zapewnień, że da się sfinansować wzrost nakładów na ochronę zdrowia bez podnoszenia składek (podatków), staje się jasne – że się nie da. Dlatego składki mają wzrosnąć: pytanie, w jaki sposób?

Jest już niemal przesądzone, że rząd po pierwsze zdecyduje się na powtórzenie manewru sprzed blisko dwóch dekad, czyli podniesieniu ogólnie obowiązującej wysokości składki o jeden punkt procentowy, czyli z 9 do 10 procent, bez zwiększania odpisu podatkowego. Wzrost ten, podobnie jak w 2002 roku, zostałby przy tym rozłożony najprawdopodobniej na cztery lata: składka rosłaby co roku o 0,25 punktu procentowego, co czyniłoby tę operację niemal niezauważalną dla tych, na których wrażeniu rządowi zależy najbardziej, czyli najmniej zarabiających. W dodatku, ponieważ równolegle osoby te (najprawdopodobniej) uzyskają spore korzyści podatkowe w postaci wyższej kwoty wolnej od podatku, wzrostu składki mogą nie odczuć w portfelach. Gdyby rząd przystał na rozłożenie wzrostu tylko na dwie raty, podwyżka składki byłaby już zdecydowanie bardziej odczuwalna. O jakich pieniądzach mowa? 1 punkt procentowy składki przekłada się w tej chwili na około 10 mld zł. Zwiększanie składki w tempie 0,25 p.p. rocznie oznaczałoby już na początku dodatkowe 2,5 mld zł w systemie.

Wyższe składki mają płacić również ubezpieczeni w KRUS oraz przedsiębiorcy. Ministerstwo Zdrowia zwłaszcza wobec tych drugich ma dalekosiężne plany (powinny interesować również dużą część pracowników medycznych, w tym lekarzy, pracujących na kontraktach). Resort zdrowia chciałby bowiem uzależnić składkę zdrowotną przedsiębiorców od ich dochodu. Dla wielu z nich może to oznaczać zwiększenie obciążeń składkowych o setki, lub nawet i tysiące złotych miesięcznie. Dziś obowiązuje ryczałt – w 2021 r. przedsiębiorca płaci co miesiąc ok. 381 zł składki niezależnie od poziomu przychodów czy dochodów. Jednak może się okazać, że nie będzie zielonego światła dla prostego uzależnienia wysokości składki od dochodu przedsiębiorców – choćby dlatego, że w każdym miesiącu ów dochód jest różny (może go również wcale nie być, i to przez dłużej niż miesiąc), a składka powinna oznaczać się pewną stabilnością. To jednak nie wszystko – na tak radykalny progres obciążeń składkowych może się nie zgodzić wicepremier Jarosław Gowin. Co prawda pod koniec kwietnia koalicjanci Zjednoczonej Prawicy zapowiedzieli podpisanie porozumienia programowego (spory doszły już do takiego poziomu, że coraz głośniej mówiło się o przedterminowych wyborach), ale akurat w tej sprawie wicepremier ds. gospodarczych ma kilka asów w rękawie (choćby taki, że nie można dobijać przedsiębiorów, którzy wyjdą z pandemii pokiereszowani). Bardziej prawdopodobne wydaje się ustalenie progów składkowych dla przedsiębiorców, uzależnionych od ich przychodów.

Trzecim strumieniem ma być dodatkowa składka – na ubezpieczenie pielęgnacyjne. Według założeń, miałaby ona rosnąć wraz z wiekiem i zarobkami pracownika, i być współpłacona przez niego i pracodawcę. Środki miałyby finansować przede wszystkim system opieki nad osobami starszymi.

Zmiany są konieczne, zwłaszcza że bez nich w 2022 roku system ochrony zdrowia odczułby – najprawdopodobniej – bolesne skutki reguły N-2, wpisanej do ustawy 6 proc. PKB na zdrowie, czyli blisko trzyprocentowej recesji (-2,8 proc.), jaką PKB Polski zaliczyło w 2020 roku w związku z pandemią COVID-19. Co prawda dane z tego roku pokazują, że gospodarka stała się „covidooporna”, ale duża część analityków podkreśla, na przykład, ogromną rolę tarcz antykryzysowych w ochronie miejsc pracy – pytanie, na ile ta ochrona okaże się trwała, gdy minie okres karencji, w którym przedsiębiorcom nie wolno zwalniać pracowników. – W ostatnich latach doszło do zwiększenia wydatków budżetu państwa na ochronę zdrowia, które w związku z przepisami ustawy „6% PKB na zdrowie” de facto obniżają wartość dotacji do Narodowego Funduszu Zdrowia. To środki, które mogłyby zostać wykorzystane na zwiększenie dostępności świadczeń opieki zdrowotnej, podnoszenie płac, wprowadzanie nowych technologii oraz inne potrzeby. Pomimo dynamicznego wzrostu wydatków publicznych na ochronę zdrowia w 2021 roku (o 13,7 mld zł), jedynie 2,5 mld zł trafi do Narodowego Funduszu Zdrowia. To ponad 3,5 razy mniej niż zakładano w prognozie przychodów Funduszu. Każdy złoty wydany z budżetu na Fundusz Medyczny obniża obecnie wartość dotacji do NFZ – komentował kilka tygodni temu Wojciech Wiśniewski z Public Policy, zajmujący się analizą finansów ochrony zdrowia. Przewiduje on, że jeśli rząd nie podejmie decyzji o faktycznym wzroście finansowania ochrony zdrowia – na przykład przez zwiększenie składki zdrowotnej – pomimo zapewnienia wzrostu wydatków publicznych na ochronę zdrowia z ustawy „6 proc. PKB na zdrowie”, odsetek PKB przeznaczanego na ten cel w danym roku spadnie z poziomu 5,08 proc. w 2021 r. do 4,71 proc. dwa lata później.

Ale nie tylko czynniki makroekonomiczne mogą zmusić rząd do przyspieszenia decyzji dotyczących nowych źródeł zasilania ochrony zdrowia. Nic nie wskazuje, by po pandemii presja płacowa miała w publicznym sektorze zmaleć. Przeciwnie – można się spodziewać, że wypaleni kilkunastomiesięczną traumą lekarze i pielęgniarki rozpoczną exodus z publicznego systemu, co w znaczący sposób wpłynie na siatkę płac. I to zupełnie niezależnie od tego, jakie decyzje zapadną między resortem zdrowia a partnerami społecznymi w zakresie regulacji poziomu wynagrodzeń minimalnych pracowników medycznych.

Małgorzata Solecka  

 

Możliwość komentowania została wyłączona.