Czy można pozostać człowiekiem w nieludzkim systemie? Na to dramatyczne pytanie odpowiadało wielu filozofów i pisarzy. Dziś mierzy się z nim Paweł Reszka, znakomity dziennikarz, z doświadczeniem korespondenta wojennego i dziennikarza śledczego. W swojej najnowszej książce „Mali bogowie. O znieczulicy polskich lekarzy” (Wydawnictwo Czerwone i Czarne) Paweł Reszka bierze pod lupę system ochrony zdrowia i funkcjonujących w nim lekarzy.

Jednoznaczna odpowiedź na zasadnicze pytanie nie pada, ale autor wskazuje przyczyny, dla których tak często – zbyt często – lekarze wydają się pacjentom może nie bogami (jak lubią, niektórzy, myśleć sami o sobie), ale też na pewno nie ludźmi. – Materiały do książki zbierałem prawie rok. I po jej napisaniu na pewno mogę powiedzieć, że lekarzy zwyczajnie rozumiem – mówi autor książki.

Dziennikarz jako sanitariusz. Da tygodnie konspiracji

Dwa tygodnie przepracował w jednym z dużych warszawskich szpitali, gdzie zatrudnił się jako sanitariusz. Oczywiście in cognito, bo przecież dziennikarza nikt do pracy by nie przyjął. – Podrasowałem swoje CV, pisząc że po skończeniu szkoły średniej imałem się różnych zajęć – śmieje się dodając, że to co napisał starając się o przyjęcie do szpitala, w stu procentach jest prawdziwe. Po dwóch tygodniach został jednak zdekonspirowany. Materiału obserwacyjnego wystarczyłoby jednak nie tylko na kanwę książki, ale na niejedną powieść.

W książce „Mali bogowie” obserwacje Pawła Reszki z miejsca pracy stanowią tylko niewielki ułamek książki. Jej zasadniczą częścią są rozmowy z lekarzami. Anonimowo opowiadają o swojej pracy, swojej drodze zawodowej, swoich doświadczeniach. I pracy, drodze zawodowej, doświadczeniach kolegów po fachu. Anonimowość, którą autor zagwarantował swoim rozmówcom, mogłaby budzić wątpliwości, gdyby nie to że po lekturze każdy, kto zna realia systemu ochrony zdrowia, musi przyznać: – Tak właśnie jest.

Gdy przeczytałam kilkadziesiąt pierwszych stron książki, wysłałam autorowi (znamy się dobrze, w „Rzeczpospolitej” przepracowaliśmy razem dobrych kilka lat w jednym dziale) wiadomość: „Ja tego wszystkiego słuchałam przez osiemnaście lat!”. Opowieści lekarzy POZ o tym, że boją się wyjść z gabinetu do toalety, bo tłum w poczekalni natychmiast szemrze: – Nic nie robią w tych gabinetach, herbatę piją, telewizję oglądają. O tym, że żeby zjeść kanapkę, trzeba zaszantażować pacjentów: – Jak wam tu padnę, to już nikt was nie przyjmie. I o tym, że zniecierpliwiony pacjent może wejść za lekarzem do toalety, a lekarce w dziewiątym miesiącu ciąży, tuż przed porodem, pacjenci potrafią mieć za złe, że za kilka tygodni z pewnością nie będzie ich mogła przyjąć.

Lekarz człowiekiem? To luksus  

Skarżą się? Raczej opisują rzeczywistość – tę, której doświadczyli i tę, o której słyszeli – od rodziców-lekarzy, na studiach, od starszych kolegów.

Gdy Reszka pyta studentkę ostatniego roku medycyny (!) o pacjentów, ta odpowiada: „Uważają, że im się wszystko należy, bo: „Płacę podatki!”. To ich paradoksalnie łączy z lekarzami, bo lekarze także uważają, że im się „należy”. Jednym należy się profesjonalna pomoc, bez kolejki, miły, empatyczny lekarz. Innym należy się dobra płaca za wyrzeczenia ponoszone na studiach, za staż, za stres. Każdej ze stron się należy, każda ze stron ma swoją rację”.

Ale relacje z pacjentami wcale nie są osią książki. Paweł Reszka nie napisał książki o pacjentach i lekarzach. Z opowieści lekarzy (przede wszystkim lekarzy, inni bohaterowie pojawiają się sporadycznie) utkał opowieść o systemie, który żerując na lekarzach, z jednej strony zmusza ich do niemal niewolniczej (nawet jeśli momentami dobrze płatnej) pracy, z drugiej – pozbawia ich pierwiastka ludzkiego. Pozostanie człowiekiem zaczyna być luksusem, towarem deficytowym i kolejne roczniki młodych lekarzy, przysięgające sobie, że nigdy przenigdy nie będą dla pacjentów niemili, że nie będą na nich patrzeć jak na „przypadki” czy numery PESEL – prędzej czy później muszą się zderzyć z rzeczywistością. Bo jeśli trzeba przyjąć w ciągu godziny sześciu, a najlepiej ośmiu pacjentów, to ani na miłe zachowanie, ani na zobaczenie w pacjencie człowieka nie ma zwyczajnie ani sekundy.

Lepszy lekarz zmęczony niż żaden  

Lekarze szczerze opowiadają autorowi książki o swoim zmęczeniu, niekiedy skrajnym wyczerpaniu. Tak, przyznają, pracujemy ponad siły bo chcemy tego samego, co wszyscy, którzy kształcili się, by żyć na odpowiednim poziomie. I odpowiedni poziom nie oznacza willi z basenem na Lazurowym Wybrzeżu – raczej mieszkanie lub dom kupione, zbudowane na kredyt, średniej klasy samochód, dobre przedszkole i szkoła dla dziecka, dwa razy w roku wakacje. Żeby to sobie zagwarantować, większość pracuje po sześćdziesiąt, siedemdziesiąt, osiemdziesiąt godzin tygodniowo. Rekordziści – więcej. Rezydent anestezjologii tłumaczy: „Ludzie funkcjonują w taki sposób, bo chcą żyć na odpowiednim poziomie. Wychodzą z założenia, że jeśli tego poziomu nie daje im społeczeństwo, płacąc podatki na ochronę zdrowia, to oni te pieniądze sobie zarobią. Będą brali tyle dyżurów, aż kasa się zgodzi. A że będą gorzej leczyli, narażali bezpieczeństwo pacjentów? To już problem społeczeństwa – skoro nie chce płacić, to ma”. – To się musi zmienić. Ludzie muszą się przejąć tym, że leczą ich, nas, przemęczeni lekarze – mówi mi Reszka.

Kto się ma jednak przejąć? Społeczeństwo? Zatomizowane i skłonne do oddawania władzy ludziom, nie mającym żadnego pomysłu na dobrą zmianę w systemie ochrony zdrowia lub przeciwnie – wybierających partie, które pomysłów (niekoniecznie dobrych) mają aż nadto? Politycy? W wydanej w styczniu książce „Służba zdrowia? Jak pokonać chory system” przywołuję słowa obecnego ministra zdrowia – lekarza przecież, działacza lekarskiego samorządu: – Jest wybór między lekarzem zmęczonym i lekarzem żadnym. Kto miałby się przejąć, skoro sami lekarze nie są w tej sprawie jednomyślni. – Lekarze, którzy mają czterdzieści kilka, pięćdziesiąt lat i całe życie, od studiów, pracowali ponad ludzkie siły, patrzą na młodych, którzy chcą przyzwoicie zarabiać i normalnie żyć, ze złością. Nie rozumieją, o co im chodzi – mówi Reszka.

Lekarze solidarni tylko w razie ataku 

Lektura książki zadaje też kłam dość powszechnemu przekonaniu o nadzwyczajnej solidarności środowiska lekarskiego. Wręcz przeciwnie – pokazuje podziały, konflikty wręcz. Konflikty wzmacniane przez źle funkcjonujący system, który np. stawia lekarzy POZ i pracujących w szpitalnych oddziałach ratunkowych lekarzy po dwóch stronach barykady. Środowisko lekarskie jest hermetyczne, ale na pewno nie jest jednolite. Ta jednolitość czy solidarność, jeśli występują, na ogół są prowokowane przez atak z zewnątrz – działa wówczas mechanizm „oblężonej twierdzy”.

Tytuł książki zmyli tych, którzy szukają taniej sensacji. Potwierdzenia tezy, że polscy lekarze są „niedoukami”, „konowałami”, „s…ynami”, z premedytacją krzywdząc pacjentów. Stawia jednak – albo raczej stawiają je jego rozmówcy – ważne pytanie o jakość kształcenia podyplomowego. I tego podczas stażu i przede wszystkim o kształcenie specjalizacyjne. Niektóre z opowieści młodych i nieco starszych lekarzy dosłownie jeżą włos na głowie. Czy można pozostać obojętnym, gdy chirurg po egzaminie specjalizacyjnym wyznaje, że tak naprawdę w ciągu kilku lat rezydentury nie przeprowadził ani jednej operacji? Nie dlatego, że nie chciał. Nie pozwolono mu. Trudno uwierzyć? Nie wierzyłabym pewnie i ja, gdybym niemal rok temu nie była świadkiem – w Gdańsku, podczas jednej z konferencji samorządu lekarskiego – apeli formułowanych pod adresem starszych lekarzy, by do takich sytuacji nie dopuszczać. – Pamiętajmy, że obecni rezydenci będą leczyć kiedyś również nas – apelował jeden z prezesów okręgowej izby lekarskiej. Czy gdyby nie było realnego problemu, takie apele miałyby sens?

Czytając „Małych bogów” nie da się uciec od filmu „Bogowie” – znakomitej produkcji, w której Tomasz Kot w brawurowy sposób zagrał prof. Zbigniewa Religę. Tam widzieliśmy herosów zmagających się ze śmiercią, walczących o życie chorych. W książce Pawła Reszki poznajemy śmiertelników, których praca nie nadaje się na scenariusz kasowego hitu. Nawet jeśli często stają przed takimi samymi dylematami jak kilkadziesiąt lat temu śląscy kardiochirurdzy, uwiecznieni jako „Bogowie”.

Małgorzata Solecka 

Paweł Reszka, „Mali bogowie. O znieczulicy polskich lekarzy” Wydawnictwo Czerwone i Czarne

Małgorzata Solecka „Służba zdrowia? Jak pokonać chory system” Wydawnictwo WAM

Możliwość komentowania jest wyłączona.