Wszystko wskazuje, że to nie zwiększenie nakładów na ochronę zdrowia, ale rzucona „w przelocie” przez przewodniczącego OZZL propozycja, by lekarze nie łączyli pracy w sektorze prywatnym i publicznym może być osią dyskusji nad stanem realizacji porozumienia z lutego 2018 roku. Chyba wbrew intencjom samego pomysłodawcy, ku zadowoleniu ministra zdrowia i rządu.

W połowie stycznia 2020 roku przedstawiciele Porozumienia Rezydentów OZZL oraz OZZL stawili się na zaproszenie Ministerstwa Zdrowia na rozmowach, których celem było ustalenie stanu realizacji porozumienia zawartego w lutym 2018 roku – a w każdym razie poczynienie pierwszych kroków do takiej oceny. Ocena, jak można się domyślać, jest zresztą całkowicie rozbieżna.

Wzrost nakładów. Niedotrzymane obietnice

Lekarze wskazują, przede wszystkim, na niedotrzymanie przez rząd i Ministerstwo Zdrowia obietnic związanych ze wzrostem nakładów. Te – rosną, ale ustawowe wskaźniki osiągane (albo nawet i przekraczane) są wyłącznie na papierze. W styczniu wielokrotnie – choćby przy okazji prac nad ustawą budżetową –  politycy PiS twierdzili, że Polska w 2019 roku osiągnęła wskaźnik 5,2 proc. PKB w nakładach publicznych na zdrowie. To oczywista nieprawda, gdyż wskaźnik 5,2 proc. PKB odnosi się do produktu krajowego brutto sprzed dwóch lat, a szybki wzrost gospodarczy (zwłaszcza w 2018 roku) powoduje, że realnie wskaźnik ten będzie oscylował zapewne wokół 4,7-4,8 proc. PKB. Po pierwsze, mało. Po drugie, takie wartości Polska już osiągała. Po trzecie… miało być inaczej. Ministerstwo rozczarowania lekarzy – młodych i starszych – zdaje się jednak nie przyjmować do wiadomości. – Przedstawiliśmy realizację porozumienia w poszczególnych aspektach. Pokazaliśmy, jak rosną nakłady i wydatki na zdrowie. Druga strona chciałaby jednak, by rosły jeszcze szybciej – mówił po zakończeniu rozmów rzecznik resortu, Wojciech Andrusiewicz.

Temat nakładów na ochronę zdrowia wydawał się naturalnym motywem przewodnim dalszych rozmów – strony mają spotkać się ponownie 3 lutego, zapewne nie będzie to ostatnia tura negocjacji. Tym bardziej, że w Sejmie „rozmnożyły się” projekty ustaw dotyczące korekt w ustawie 6 proc. PKB na zdrowie. Po pierwsze, pod obrady Sejmu musi wrócić projekt obywatelski (z 2017 roku, podpisany przez około ćwierć miliona osób, nad którym posłowie poprzedniej kadencji nie skończyli pracować).

Projekt miał mieć pierwsze czytanie w styczniu, jednak dość niespodziewanie został zdjęty z porządku obrad. Prawdopodobnie dlatego, że w tzw. międzyczasie w Sejmie pojawiły się dwa inne projekty. Pierwszy złożyli posłowie Lewicy – chcą oni, by publiczne nakłady wzrosły do 7,2 proc. PKB w 2024 roku, przy czym już w 2021 roku miałyby osiągnąć 6,8 proc. PKB. W dodatku byłby to odsetek bieżącego PKB, bo wartość produktu krajowego brutto sprzed dwóch lat byłaby mnożona przez dwa kolejne wskaźniki prognozowanego wzrostu PKB (dla przykładu – na 2020 rok podstawą byłby nominalny PKB z 2018 roku, pomnożony przez wskaźnik wzrostu gospodarczego z 2019 roku i, następnie, 2020 roku, wskaźniki pochodziłyby z ustaw budżetowych). Z kolei posłowie klubu PSL-Kukiz’15 złożyli projekt, zgodnie z którym już w tym roku nakłady na ochronę zdrowia miałyby wynieść 6,8 proc. PKB, z tym że wskaźnik odnosiłby się do PKB z roku poprzedniego. Wydaje się, że Sejm – jeśli w PiS zapadnie oczywiście taka decyzja – odbędzie pierwsze czytanie tych projektów na jednym posiedzeniu, żeby nie rozciągać tematu na wiele tygodni.

Fakt, że w Sejmie –  praktycznie przy każdej okazji, gdy pojawia się temat związany z ochroną zdrowia – dużo i głośno mówi się o wysokości nakładów, że padają pod adresem rządu ciężkie zarzuty („Nie nas, opozycję, oszukujecie w kwestii nakładów, tylko pacjentów, obywateli” – mówiła podczas jednej z debat posłanka Lewicy Marcelina Zawisza), powinien dać wiatr w żagle lekarzom. Wszak 6,8 proc. PKB na zdrowie – i z czasem więcej – to główny postulat protestu sprzed ponad dwóch lat!

„Zgniłe jajo” w ochronie zdrowia 

Temat finansów może zostać jednak zepchnięty na dalszy plan – wszystko przez propozycję, czy też sugestię, zawartą w opublikowanym przez dr Krzysztofa Bukiela, przewodniczącego OZZL, felietonie dotyczącą konieczności dokonania przez lekarzy wyboru między prywatnym a publicznym sektorem ochrony zdrowia. W kontekście tzw. sprawy Grodzkiego (czyli oskarżeń pod adresem marszałka Senatu o przyjmowanie łapówek od pacjentów pod pretekstem opłat uiszczanych w prywatnym gabinecie) dr Bukiel sugeruje, że właśnie owo łącznie pracy w publicznym sektorze z prowadzeniem aktywności w prywatnych placówkach (w tym gabinetach lekarskich) jest „zgniłym jajem” ochrony zdrowia i źródłem problemów. I że przyszedł – być może – czas, by przeciąć węzeł gordyjski. Temat ten, jak się okazało, był również poruszany podczas styczniowego spotkania w Ministerstwie Zdrowia. Minister Łukasz Szumowski, co nie jest żadnym zaskoczeniem, był bardzo zainteresowany taką propozycją.

Nie może to zaskakiwać, skoro doskonale wiadomo, że – między innymi na skutek decyzji polityków dotyczących sieci szpitali, ale przede wszystkim skrajnie niskiego finansowania ambulatoryjnej opieki specjalistycznej – specjaliści od wielu już lat emigrują z publicznego systemu w AOS do sektora prywatnego. W wielu specjalizacjach łączą pracę w sektorze publicznym (w szpitalach) z pracą albo w prywatnych placówkach typu sieciowych poradni albo z przyjmowaniem pacjentów we własnym gabinecie. Minister Szumowski praktycznie od pierwszych dni swojego urzędowania podkreślał, że skrócenie kolejek w AOS będzie możliwe tylko wtedy, gdy nastąpi powrót specjalistów do systemu publicznego. Temu mają służyć większe wyceny świadczeń, temu ma służyć zniesienie (prawdopodobnie tylko częściowe, w niektórych specjalizacjach) limitów. Sęk w tym, że obydwa ruchy wydają się niewystarczające. Natomiast gdyby specjaliści musieli wybierać – szpital i praca w publicznym AOS czy praca wyłącznie w prywatnym sektorze, gdzie praca w szpitalach jest dostępna, jeśli w ogóle, to dla nielicznych… Tu już wchodziłyby w grę zupełnie inne dylematy i konieczne byłyby naprawdę trudne decyzje.

Nic dziwnego, że po publikacji felietonu na forach lekarskich zawrzało. Część głosów jest zdecydowanie na „tak”. Przeważa argumentacja, że konieczność dokonania wyboru sprawi, iż większość, a w każdym razie duża część lekarzy wybierze sektor prywatny (rozumiany nie jako praca w prywatnej placówce, ale praca w placówce, która nie posiada kontraktu z NFZ i leczy pacjentów komercyjnie, albo w ramach abonamentów czy ubezpieczeń prywatnych, albo pobierając opłaty bezpośrednie). To zaś miałoby doprowadzić do tego, że system publiczny… upadnie. A im szybciej upadnie system w dotychczasowym kształcie, tym szybciej pojawi się szansa, że zostanie zbudowane coś „bardziej sensownego”.

Większość, jak się zdaje, jest więcej niż sceptyczna. Dlaczego? Po pierwsze, samo podjęcie przez lekarza (szefa związku zawodowego) tematu w kontekście domniemanych nadużyć (prof. Tomasza Grodzkiego zresztą samorząd lekarski i środowisko zdecydowanie broni) jest dla lekarzy- w szerszej perspektywie – niekorzystne. Bo gdy lekarze pomysł zawetują (a że tak się stanie, jest raczej przesądzone), politycy będą mówić, że „pazerność zwyciężyła”. Po drugie, zauważają krytycy takiego rozwiązania, trudno na poważnie traktować „nadzieje” na upadek obecnego systemu. Gdyby politycy zauważyli takie realne niebezpieczeństwo, mają cały arsenał sposobów, by zapobiec exodusowi lekarzy do prywatnego sektora – łącznie z mobilizacją. „Wzięcie w kamasze” niepokornych medyków byłoby oczywiście operacją trudną, ale absolutnie możliwą do przeprowadzenia, w dodatku trudno się byłoby spodziewać jakiegoś większego potępienia ze strony opinii publicznej.

Być może przynajmniej część wątpliwości rozwieje ankieta, jaką przygotowała Naczelna Izba Lekarska, prosząc członków samorządu lekarskiego, lekarzy i lekarzy dentystów (choć tych ostatnich kwestia ścisłego rozdziału „publicznego” i „prywatnego” sektora dotyczy w znacznie mniejszym stopniu) o wyrażenie opinii na temat propozycji szefa OZZL. Wyniki będą znane pod koniec stycznia. I niewykluczone, że jeszcze na styczniowym posiedzeniu Naczelna Rada Lekarska zajmie w tej sprawie stanowisko.

Małgorzata Solecka 

Możliwość komentowania jest wyłączona.