konstanty-radziwillRok 2016 ochrona zdrowia witała jeśli nie z radością, to z nadzieją. Po latach marazmu i dryfowania systemu nowy minister zdrowia Konstanty Radziwiłł (na zdjęciu) – od podszewki znający ciemne i jasne strony systemu – oraz jego współpracownicy pozwalali na ostrożnie optymistyczne prognozy. System ochrony zdrowia długo czekał na zmiany. Można było przypuszczać, że te które nadejdą, pchną wszystko na właściwe tory. Nawet, jeśli nie będzie poprawy z dnia na dzień.

Pod koniec roku z całą pewnością można stwierdzić, że nadzieje zastąpiło rozczarowanie. I o ile w grudniu 2015 przeważały nastroje optymistyczne, o tyle w tym roku zdecydowanie dominują obawy. Rok 2017 ma być rokiem zmian. Jednak czy te, które są zapowiadane, przyniosą poprawę sytuacji, czy jeszcze ją pogorszą?

Pieniędzy więcej nie będzie

Dla pracowników systemu ochrony zdrowia fundamentalnym powodem do rozczarowania – i obaw – jest polityczna decyzja o niepodwyższaniu publicznych nakładów na zdrowie. Bo właśnie w takich kategoriach należy rozpatrywać ministerialne obietnice i „mapę drogową” dojścia do 6 proc. PKB publicznych nakładów w… 2025 roku. Nie chodzi tylko o to, że Prawo i Sprawiedliwość obiecywało co innego przed wyborami – 6,5 proc. PKB natychmiast, „bez zbędnej zwłoki”. Sedno problemu polega na tym, że minister Konstanty Radziwiłł doskonale zdaje sobie sprawę, że 6 proc. PKB już w tej chwili jest wielkością dalece niewystarczającą – średnia, do której powinniśmy zmierzać, to 6,8 proc. PKB. Taki postulat formułują zarówno pracownicy jak i pracodawcy, nie licząc ekspertów. Słyszą, wszyscy słyszymy, polityków, którzy kolejny raz mówią o konieczności „uszczelniania” systemu. To zakamuflowana sugestia, że być może rzeczywiście pieniędzy w systemie jest za mało, ale ważniejszym problemem jest to, że te które są, są marnotrawione. Albo wręcz strumień pieniędzy służy do budowania prywatnych fortun. Politycy ignorują – od lat, to nie jest wyłącznie właściwość rządzących w tej chwili – że właśnie za niskie, drastycznie za niskie, nakłady na zdrowie stwarzają warunki do szukania rozwiązań patologicznych. Przykład? Niska wycena świadczeń nakręca spiralę fikcyjnych hospitalizacji, które są jedyną drogą do bezpłatnego i szybkiego zdiagnozowania pacjenta.

Wiadomo, że pieniędzy nie będzie więcej. Są natomiast uzasadnione obawy, że może ich być mniej. 21 grudnia wicepremier i minister finansów Mateusz Morawiecki ogłosił, że rząd wycofuje się z koncepcji jednolitego podatku, który miał od 2018 roku zastąpić PIT, składki ZUS i składkę zdrowotną. Powód? W sposób znaczący wzrosłyby obciążenia przedsiębiorców, w tym osób prowadzących działalność gospodarczą. Wycofanie się rządu z pomysłu jednolitej daniny mogłoby być dla ochrony zdrowia naprawdę dobrą informacją, gdyby oznaczało, że minister zdrowia – rząd i Prawo i Sprawiedliwość – odstępuje również od likwidacji składki zdrowotnej. Taki krok rekomenduje zdecydowana większość ekspertów. O tym, by nie spieszyć się z decyzją o likwidacji Narodowego Funduszu Zdrowia, czyli zmianie sposobu zbierania pieniędzy na zdrowie, mówił również jesienią prezes NFZ Andrzej Jacyna. Skumulowanie zmian organizacyjnych (sieć szpitali) połączonych ze zmianami sposobu rozliczania świadczeń (ryczałt) to nie jest dobry moment na likwidowanie instytucji płatnika.

Jednak nic nie zapowiada, by resort zdrowia chciał zmienić zdanie w sprawie likwidacji NFZ, czy nawet przeanalizować ponownie harmonogram zmian w systemie. „Wycofanie się przez rząd z wprowadzenia jednolitej daniny nie zaburza dalszych prac nad przygotowywaniem zmian w ochronie zdrowia” – zapewniło ministerstwo tego samego dnia wieczorem.

Sieć szpitali, płaca minimalna w ochronie zdrowia

Rok 2017 będzie więc rokiem bardzo intensywnego mieszania łyżeczką w herbacie, bez dodawania do niej cukru. Zapowiedź tego, co będzie się działo, mamy przy okazji prac nad siecią szpitali. Ministerstwo Zdrowia przygotowało i przedstawiło do konsultacji publicznych projekt, który wzbudził nie tyle kontrowersje, co powszechne przerażenie – bo oznaczał wyłączenie z systemu publicznej służby zdrowia ważnych, istotnych dla bezpieczeństwa zdrowotnego, placówek. Zarówno prywatnych (podejrzanych ideologicznie, o tym że PiS będzie chciało odciąć prywatne szpitale od publicznego finansowania mówiła już w expose premier Beata Szydło), jak i publicznych. Fala krytyki i zalew negatywnych opinii w procesie konsultacji wymusiły refleksję – i modyfikację projektu, którą w połowie grudnia resort zdrowia przedstawił partnerom społecznym. Kierunek zmian? Jeszcze więcej pieniędzy przesuniętych na finansowanie ryczałtowe świadczeń szpitalnych (w lipcu Konstanty Radziwiłł obiecywał, że na procedury konkursowe będzie zarezerwowanych 20 proc. środków, w tej chwili mowa jest zaledwie o 9 proc.), jeszcze więcej możliwości „ręcznego” uzupełniania sieci przez ministra zdrowia. Nic dziwnego, że podczas posiedzenia Zespołu Trójstronnego ds. Ochrony Zdrowia pojawiły się głosy, że lepiej by było, gdyby ministerstwo po prostu ogłosiło, które szpitale są w sieci, zamiast mnożyć nieczytelne i uznaniowe kryteria.

Resort zdrowia nie zamierza zrobić kroku w tył, jeśli chodzi o likwidację NFZ, niewykluczone natomiast że wycofa się ze swojej innej sztandarowej obietnicy – ustawy o płacy minimalnej w ochronie zdrowia.

W grudniu zostały opublikowane opinie nadesłane do projektu w ramach uzgodnień i konsultacji publicznych. Projekt płac minimalnych oprotestowały zgodnie szpitale oraz organizacje pracodawców, ale nie tylko. Niezwykle krytyczne stanowisko zajął również Narodowy Fundusz Zdrowia, który wytknął ministerstwu, że nie wskazało źródła finansowania nowej regulacji, co oznacza przerzucenie kosztów na placówki służby zdrowia, czyli zadłużone szpitale. NFZ stwierdza wprost, że mogą one nie udźwignąć nowych obciążeń, zwłaszcza że muszą się uporać z tymi, które zostały wprowadzone w 2015 roku (podwyżki dla pielęgniarek). Jednak to nie krytyczne opinie, a brak opinii resortu finansów może przesądzić o fiasku ustawy. Ministerstwo Finansów od wiosny stoi na stanowisku, że płaca minimalna w Polsce jest jedna, i nie ma ani potrzeby ani możliwości określania jej poziomów w poszczególnych branżach czy też zawodach. Przedstawiciele obu resortów twierdzą, że „prowadzą dialog”, jednak wiele wskazuje, że przypomina on przysłowiową „rozmowę ślepego z głuchym o kolorach”. – Ministerstwo najchętniej by się z tego projektu wycofało, gdyby nie „Solidarność”, która nie dopuszcza takiej możliwości – usłyszałam od jednego z członków Zespołu Trójstronnego.

Inne związki zawodowe nie są aż tak zdeterminowane w obronie projektu o płacy minimalnej. Zdecydowana większość środowisk pracowniczych w ochronie zdrowia ocenia go zresztą bardzo krytycznie, domagając się zdecydowanie większych podwyżek. Te jednak byłyby możliwe tylko wtedy, gdyby nastąpiło radykalne zwiększenie finansowania ochrony zdrowia. Na to jednak – nie ma politycznej zgody.

Zbieranie podpisów pod obywatelskim projektem ustawy o wynagrodzeniach pracowników ochrony zdrowia zakończy się, najprawdopodobniej, złożeniem projektu w Sejmie. Odbędzie się pierwsze czytanie, po czym projekt zostanie zamrożony w komisji (tak jak został skutecznie zamrożony projekt Porozumienia Zielonogórskiego, dotyczący zmian w ustawie refundacyjnej).

Można się więc spodziewać, że w nadchodzącym roku obawy będą się mieszać ze zniechęceniem i sprzeciwem, co samo w sobie stanowić może mieszankę wybuchową. Wiosną 2016 roku przez kilkanaście dni protestowały pielęgniarki z Centrum Zdrowia Dziecka. Już wtedy wydawało się, że dosłownie wystarczy iskra, by protest rozlał się na inne szpitale. Niestety, w 2017 roku takich iskier może być znacznie więcej, i po raz pierwszy staniemy przed realną groźbą ogólnopolskiego protestu pracowników służby zdrowia w jego najostrzejszej, strajkowej, formie. 

Małgorzata Solecka

Możliwość komentowania jest wyłączona.