Gdy pierwsza piłka odbija się od czerwonej mączki, kończą się dyżury, operacje i wielogodzinne konsultacje. Na trzy dni lekarze z całej Polski zamieniają stetoskopy na rakiety tenisowe. Nie po to, by udowodnić, kto jest najlepszy. Przyjeżdżają, by choć na chwilę odzyskać równowagę. Bo na korcie nie ma ordynatorów, profesorów ani rezydentów. Są ludzie, którzy każdego dnia odpowiadają za zdrowie innych, a raz w roku przypominają sobie, jak ważne jest zadbać również o własne.

Sobota, 27 czerwca 2026 roku, wczesny poranek. Nad wejherowskimi kortami unosi się charakterystyczny zapach ceglanej mączki, której nie sposób pomylić z żadną inną nawierzchnią. Powietrze przecinają rytmiczne uderzenia piłek. Raz po raz słychać krótki okrzyk po udanym zagraniu, za chwilę oklaski z sąsiedniego kortu i cichy śmiech grupy zawodników, którzy dopiero czekają na swój mecz.

Jeszcze wczoraj większość z nich kończyła dyżury. Operowali, przyjmowali pacjentów, opisywali tomografie komputerowe, wykonywali skomplikowane zabiegi albo podejmowali decyzje, od których zależało ludzkie zdrowie. Dziś nikt nie pyta, kto jest ordynatorem, a kto dopiero rozpoczyna specjalizację. Wystarczy rakieta, sportowe buty i gotowość do walki o każdą piłkę.

Tak właśnie wygląda V Ogólnopolski Turniej Tenisa Lekarzy, który po raz kolejny zgromadził w Wejherowie i Bolszewie blisko 80 medyków z całego kraju. Przyjechali z Pomorza, Mazowsza, Wielkopolski, Śląska i Podkarpacia. Reprezentują niemal wszystkie specjalizacje. Na jednym korcie spotykają się radiolog, okulista, stomatolog i internista. Łączy ich coś, czego nie znajdzie się w żadnym programie studiów medycznych. Pasja.

Już po kilku minutach łatwo zauważyć, że nie jest to zwykły turniej sportowy. Rywalizacja jest prawdziwa, emocje ogromne, ale nikt nie buduje dystansu. Przeciwnicy jeszcze przed chwilą walczący o każdy punkt po zakończonym meczu siadają razem przy stoliku, analizują przebieg spotkania, żartują z niewykorzystanych piłek meczowych i kibicują sobie nawzajem w kolejnych pojedynkach.

Sport językiem porozumienia

Nieprzypadkowe jest również miejsce zawodów. Wejherowskie korty należą do najstarszych w Polsce. Powstały w 1935 r. i pamiętają czasy, gdy po czerwonej mączce biegała Jadwiga Jędrzejowska, największa gwiazda przedwojennego polskiego tenisa. Historia tego miejsca nie została zamknięta w archiwach. Nadal żyje, choć dziś zapisują ją nie zawodowi tenisiści, lecz lekarze, którzy na kilka dni w roku odnajdują tu własną przestrzeń. - To wyjątkowy obiekt. Gramy tutaj drugi rok i wszystko wskazuje na to, że zostaniemy na dłużej. Są świetne warunki, piękne otoczenie i niezwykła atmosfera. Czuje się historię tego miejsca - mówi lek. dent. Tomasz Zwierski, główny organizator turnieju, członek Komisji Sportu OIL w Gdańsku.

Od pięciu lat tworzy wydarzenie, które z lokalnej inicjatywy stało się jedną z najważniejszych sportowych imprez środowiska lekarskiego. Pierwsze edycje odbywały się w Gdańsku, później przeniosły się do Gdyni, aż w końcu znalazły swoje miejsce w Wejherowie.

Nie ukrywa, że od początku chodziło o coś znacznie więcej niż sport. - Chcieliśmy stworzyć miejsce, do którego ludzie będą wracać. Oczywiście dla gry, ale przede wszystkim dla spotkań. Medycyna jest zawodem wymagającym. Wszyscy żyjemy pod presją czasu i odpowiedzialności. Tutaj można na chwilę odetchnąć - dodaje.

To właśnie słowo „odetchnąć” najczęściej powraca w rozmowach z uczestnikami. W codziennym życiu lekarze nie mają luksusu wyłączania emocji. Każdy dyżur oznacza kolejne decyzje, kolejne historie pacjentów, kolejne godziny skupienia. Na korcie wszystko zostaje za ogrodzeniem. Jest tylko piłka, przeciwnik i następny punkt. Paradoksalnie właśnie dlatego tenis okazuje się sportem tak bliskim ludziom medycyny.

Wymaga koncentracji, cierpliwości i odporności psychicznej. Tutaj nie można schować się za drużyną. Każdy błąd jest własny i każdy sukces również. Nawet najlepiej przygotowany zawodnik potrafi przegrać z własnymi emocjami. - Technikę można wypracować. Znacznie trudniej poradzić sobie z głową. Czasem ktoś świetnie gra na treningach, a podczas turnieju nagle wszystko znika. My mówimy wtedy żartobliwie, że dostał „hebla w dłoni”. To mija dopiero z doświadczeniem - śmieje się Tomasz Zwierski.

Trudno nie odnieść wrażenia, że opisuje jednocześnie pracę lekarza. Bo również w medycynie sama wiedza nie wystarcza. Trzeba jeszcze umieć zachować spokój wtedy, gdy inni go tracą.

Nie chodzi o poziom gry

Na wejherowskich kortach spotykają się zawodnicy z imponującym dorobkiem i ci, którzy po raz pierwszy odważyli się wystąpić w ogólnopolskim turnieju. Debiutanci przyznają, że największym przeciwnikiem nie są doświadczeni rywale, lecz własne obawy. Wielu przez lata odkładało decyzję o starcie, przekonanych, że takie zawody są zarezerwowane wyłącznie dla najlepszych.

Kilka godzin spędzonych w Wejherowie wystarcza jednak, by zrozumieć, że ranking nie jest tu najważniejszy. Najcenniejszą nagrodą okazuje się odwaga, by w ogóle stanąć po drugiej stronie siatki.

Najlepiej rozumie to dr Karolina Główczewska, radiolog z Wejherowa. Od kortów dzieli ją zaledwie kilka minut drogi, a jednak dopiero w tym roku zdecydowała się wystąpić w turnieju lekarzy. Przez długi czas zwyciężały wątpliwości. Czy jestem wystarczająco dobra? Czy nie trafię od razu na mistrzynie Polski? Czy dam sobie radę z presją?

Odpowiedzi przyszły szybciej, niż się spodziewała. Losowanie nie było łaskawe. Już pierwszego dnia musiała zmierzyć się z bardzo wymagającymi rywalkami. Oba mecze przegrała, ale z kortu schodziła z uśmiechem. Drugi pojedynek zakończył się wynikiem 6:4, 7:5. Wynik mówi jedno, przebieg spotkania coś zupełnie innego. Każdy gem wymagał walki, a o zwycięstwie decydowały pojedyncze piłki. To wystarczyło, by odzyskać wiarę we własne możliwości.

Tenis nie jest dla niej nową przygodą. Grała jeszcze jako nastolatka właśnie na wejherowskich kortach. Później przyszły studia, specjalizacja, praca zawodowa i obowiązki, które skutecznie ograniczały czas na sport. Powrót po latach okazał się czymś więcej niż udziałem w turnieju. Był spotkaniem z własną przeszłością. To miejsce pamięta jej pierwsze treningi. Dziś wróciła na nie jako doświadczona lekarka, która znów mogła poczuć radość z gry.

Podobnych historii jest tutaj więcej. Kilka kortów dalej trwa finał kategorii 35+. Mateusz Koberda, okulista z Pomorza, walczy z Marcinem Pokrzywnickim. Pierwszy set układa się fatalnie. Rywal praktycznie nie daje mu szans. Wydaje się, że mecz jest rozstrzygnięty. A jednak tenis nie uznaje prostych scenariuszy. W drugim secie wszystko się odwraca. Koberda zaczyna grać odważniej, ryzykuje, skraca wymiany, coraz częściej zmusza przeciwnika do błędów. Na trybunach pojawiają się pierwsze okrzyki. Emocje rosną z każdą minutą. Choć ostatecznie nie udaje się odwrócić losów spotkania, pozostaje satysfakcja z walki do samego końca. Za chwilę nie będzie jednak czasu na dłuższy odpoczynek. Czeka jeszcze półfinał debla. - Bronimy tytułu, więc trzeba wracać do pracy - mówi z uśmiechem, chwytając torbę z rakietami.

Praca. To słowo pada tu zaskakująco często. Dla większości uczestników tenis nie jest ucieczką od obowiązków, lecz sposobem, by odzyskać energię do ich wykonywania. Na korcie nie analizują wyników badań, nie zastanawiają się nad planem operacji ani nie wracają myślami do trudnych rozmów z pacjentami. Liczy się tylko następna piłka. I właśnie dlatego tak wielu lekarzy uważa tenis za najlepszą formę odpoczynku. Nie tylko zmusza ciało do wysiłku. Porządkuje również głowę.

Równowaga płynie z kortu

W niedzielę atmosfera wyraźnie się zmienia. Na kortach zostają już tylko najlepsi. Ciszę przerywa pojedyncze odbicie piłki, okrzyki zawodników i brawa coraz liczniej zgromadzonych kibiców. Ci, którzy zakończyli swoje mecze, nie wyjeżdżają do domów. Zostają, oglądają finały, kibicują kolegom, komentują najładniejsze wymiany. Nie ma zazdrości, jest uznanie. Największym bohaterem turnieju zostaje Marcin Krywiak. Trzy finały, trzy zwycięstwa i komplet złotych medali. Wygrał singla Open, debla oraz miksta, dokonując czegoś, co podczas tej edycji nie udało się nikomu innemu.

 

Świetnie prezentują się również Agata Firkowska, Paulina Bernecka, Anna Komar, Robert Kowalczyk, Daniel Leończyk i Iwona Zdanowicz. Ich nazwiska trafiają do turniejowych statystyk, obok liczby zdobytych medali. Ale statystyki nie oddają tego, co dzieje się kilka minut później.

Podczas dekoracji zwycięzcy stoją ramię w ramię z tymi, którzy jeszcze niedawno próbowali ich pokonać. Są wspólne zdjęcia, uściski dłoni, żarty i zapowiedzi rewanżów podczas kolejnych zawodów. Bo prawdziwa wartość tego turnieju nie mieści się w tabelach wyników. Po zakończeniu gier wszyscy spotykają się jeszcze raz. Nie na korcie, lecz przy wspólnych stołach. Rozmowy schodzą z tenisa na medycynę, z medycyny na podróże, rodzinę i codzienne życie. Dzieci biegają między stolikami, partnerzy i partnerki zawodników wymieniają się doświadczeniami, a śmiech niesie się równie daleko jak wcześniej odgłos odbijanych piłek.

Przez trzy dni ludzie, którzy każdego dnia troszczą się o zdrowie innych, przypominają sobie, że sami również jo potrzebują. Nie w postaci kolejnego szkolenia, konferencji czy weekendu spędzonego przed komputerem - lecz kilku godzin ruchu, śmiechu, rozmów i sportowej rywalizacji.

Bo choć tenis nie figuruje w żadnym podręczniku medycyny jako metoda leczenia, w Wejherowie od lat udowadnia, że bywa jedną z najlepszych recept na zachowanie równowagi. Patrząc uczestników opuszczających korty, trudno oprzeć się wrażeniu, że właśnie tę receptę wszyscy zabierają ze sobą do domu.

Tekst i zdjęcia Piotr Piotrowski

One comment

  1. Tomasz Zwierski pisze:

    VI edycję turnieju planuję wstępnie na 18-20.06.2027, już trenujcie

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

siedemnaście − trzynaście =