Najczęściej zadawane pytania

Kategorie

W jednym z marcowych „Tygodników Powszechnych” tematem przewodnim były teksty o ruchach antyszczepionkowych. Ks. Adam Boniecki napisał krótki tekst wprowadzający pod znamiennym tytułem „Nie zawsze wystarczy mieć rację”1 . Problem szczepień i ruchów antyszczepionkowych można traktować z lekarskiego punktu widzenia jako modelowy przykład paradoksalnego powstawania społecznej nieufności do tych działań medycznych, które okazały się szczególnie skuteczne w eliminacji najpoważniejszych zagrożeń zdrowia i życia ludzi.

Idąc za przykładem „Tygodnika Powszechnego” inaugurujemy w Pomorskim Magazynie Lekarskim omawianie tematów ciekawych, trudnych, ważnych i dyskusyjnych z naszego lekarskiego punktu widzenia. Nasz zespół redakcyjny jest otwarty dla wszystkich chętnych. Zapraszamy do współpracy i dyskusji.

Jak zrozumieć postawy antyszczepionkowe? 

Wprowadzenie szczepień ochronnych było jednym z najważniejszych osiągnięć nowożytnej medycyny. Obok antybiotyków, znieczulenia ogólnego, wprowadzenia zasad higieny, aseptyki i antyseptyki jest jednym z tych dobrodziejstw, które uratowały przed zachorowaniem, kalectwem lub śmiercią najwięcej ludzkich istnień. Pozwoliły na eradykację niektórych chorób, np. ospy prawdziwej. Variola vera była chorobą nękającą Europejczyków od VI wieku n.e. Najstraszliwsze żniwo zebrała w czasie hiszpańskiej konkwisty w XVI wieku na terenie dzisiejszego Meksyku, gdzie uśmierciła ¾ populacji. Ostatnia epidemia ospy prawdziwej w Polsce miała miejsce w 1963 roku we Wrocławiu: 99 osób zachorowało, zmarło 7, w tym dwie pielęgniarki i dwóch lekarzy. Wprowadzono szeroką akcję szczepień żywą, atenuowaną szczepionką. Szczepiono wszystkich, nie zważając na przeciwwskazania.

Pewnie dlatego wśród 8,2 milionów ludzi poddanych szczepieniom odnotowano około tysiąca niepożądanych odczynów poszczepiennych, z których dziewięć osób zmarło. Jak wynika z tych polskich danych, wybierając szczepienie, również ryzykowało się śmiercią, ale prawdopodobieństwo zgonu było 70 tysięcy razy mniejsze niż w przypadku zarażenia ospą2 . Jak zrozumieć postawy antyszczepionkowe? Czy są one nieracjonalne? Jak zrozumieć sposób myślenia osób, które mimo często wysokiego poziomu intelektualnego sprzeciwiają się szczepieniom? Dobrą ilustrację mechanizmów powstawania tego typu postaw znaleźć można w biblijnej Księdze Jonasza. „Pan skierował do Jonasza, syna Amittaja, te słowa: Wstań, idź do Niniwy – wielkiego miasta – i upomnij ją, albowiem nieprawość  jej dotarła przed moje oblicze.” Jonasz jak wiadomo nie chciał wykonać polecenia Bożego, uciekł nad morze i wsiadł na okręt, rozpętała się burza, w której omal nie utonął, połknęła go wielka ryba, która go przez trzy dni nie strawiła, tylko zdrowego zwymiotowała na brzeg. Po tych zesłanych przez Boga szykanach, rad nierad wykonał polecenie: „Niniwa była miastem bardzo rozległym – na trzy dni drogi. Począł więc Jonasz iść przez miasto i wołał: Jeszcze czterdzieści dni, a Niniwa zostanie zburzona. I uwierzyli mieszkańcy Niniwy Bogu, ogłosili post i oblekli się w wory od największego do najmniejszego”3 . Gdy pokuta okazała się skuteczną, a miasta nie dotknął żaden kataklizm, Jonasz znalazł się w niezwykle trudnym położeniu, którego zresztą wcześniej się obawiał, uciekając przed Bogiem. Wielu posądziło go o szerzenie poczucia fałszywego zagrożenia, które naraziło ich na niepotrzebne umartwienia.

Racjonalni przeciwnicy szczepień nie powinni propagować swoich przekonań 

Znany od około 150 lat „cykl antyszczepionkowy” opiera się na opisanych w Księdze Jonasza mechanizmach. W stanie „naturalnym” w populacjach ludzkich, w znacznej mierze wskutek różnych przypadkowych zdarzeń, wybuchają epidemie które odciskają się w zbiorowej pamięci jako sploty wielu ludzkich i rodzinnych tragedii: cierpień, kalectwa i śmierci. Kiedy wysiłki nauk medycznych pozwolą na wprowadzenie i upowszechnienie skutecznej szczepionki, zachorowalność znacznie spada lub całkiem zanika. Gdy nikt nie choruje, stopniowo zanika pamięć społeczna o zagrożeniach wywoływanym chorobą. Pojawiają się wątpliwości, czy realne (niewielkie wprawdzie) ryzyko związane ze szczepieniem i cierpienie związane z ukłuciem są potrzebne. W efekcie upowszechniania się takich postaw odsetek osób uodpornionych spada poniżej odsetka chroniącego przed szerzeniem się choroby. Choroba wybucha na nowo, powstaje epidemia i koło się zamyka. Indywidualne osoby odmawiające szczepień u siebie lub swoich dzieci w społeczeństwie, w którym odsetek wyszczepialności przekracza poziom ochrony przed epidemią, nie są nieracjonalne. W takich społeczeństwach indywidualne ryzyko zachorowania jest rzeczywiście znikome. Korzyść z realizacji programu szczepień jest więc nie tyle indywidualna, ile zbiorowa. Jeżeli zwolennicy ruchu antyszczepionkowego są nieliczni – nic się nie dzieje, jeżeli ich odsetek wzrasta – pojawia się realne ryzyko epidemii. Dlatego racjonalni przeciwnicy szczepień nie powinni propagować swoich przekonań. Powinni też być świadomi, że odmowa szczepień jest postawą skrajnie niesolidarną z innymi ludźmi. Podsumowując najogólniej argumenty za szczepieniami, można wskazać na przykład na bardzo wysokie współczynniki koszt–korzyść, relatywnie bardzo małe ryzyko powikłań po szczepieniu w porównaniu z chorobą, wysoką skuteczność w zapobieganiu zachorowaniu będącemu w znacznej mierze zdarzeniem przypadkowym, zapobieganie narażeniu innych osób i szerzeniu się epidemii.

Argumenty, które przedstawiają osoby sprzeciwiające się szczepieniom, to:

• ryzyko zachorowania jest bardzo małe, a cierpienie przy ukłuciu dziecka realne, przy potencjalnym ryzyku NOP – więc po co szczepić?

• mogę swoim odpowiedzialnym postępowaniem całkowicie wyeliminować ryzyko zakażenia, więc po co szczepić;

• spiskowe: argumenty że szczepienia działają to kłamstwo, aby ludzie kupowali szczepionki; fałszuje się statystyki NOP, szczepionki wywołują autyzm i inne nieznane choroby;

• szczepionki niepotrzebnie obciążają i tak zapracowany układ odpornościowy, a szczepień jest coraz więcej i więcej.

 

O dyskusję nad tymi argumentami poprosiliśmy profesora Tomasza Smiatacza, Kierownika Kliniki Chorób Zakaźnych Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego.

Roman Budziński: Czy się zaszczepię, czy nie – i tak nie zachoruję. Tak mówią przeciwnicy szczepień. Jak można to skomentować?

Tomasz Smiatacz: Jest wiele sposobów zapobiegania zachorowaniom na choroby zakaźne, bardzo ważne są higiena i różne działania profilaktyczne, ale przed niektórymi chorobami możemy się chronić tylko przy użyciu szczepionek. Niektórzy żywią przekonanie, że można tak żyć, aby nie zachorować, że zależy to w znacznej mierze od zdrowego i racjonalnego trybu życia. Taki pogląd jest tylko w części prawdziwy. Znamy wiele drobnoustrojów, które są wyspecjalizowanymi zabójcami i kiedy wskutek przypadkowego najczęściej zbiegu okoliczności dostaną się do organizmu wywołują chorobę, której często nie potrafimy skutecznie leczyć. Przykładem może być wirus Ebola, ale też meningokoki, czy nawet niektóre szczepy wirusa grypy.

O czym więc dyskutujemy, co jest sednem sporu między argumentami wynikającymi z nauk medycznych a przeciwnikami szczepień?

Odnoszę wrażenie, że w nie jest to dyskusja o naukowych argumentach medycznych. Raczej nie kwestionuje się w niej faktów mówiących o skuteczności szczepionek, ale sprowadza ten dialog do poziomu dyskusji o wolności człowieka i jego prawie do decydowania o sobie. W tle mamy też dyskusję o granicach uprawnień instytucji państwowych do ingerowania w decyzje obywatela dotyczące jego zachowań zdrowotnych. Nieufność wobec szczepień przejawia się również w niechęci wobec zasad narzucanych przez państwo i wobec jego instytucji, co w Polsce ma dość długą tradycję. Przez trzydzieści lat miałem możliwość obserwowania problemów związanych z chorobami zakaźnymi i szczepieniami w Polsce. Przez ten czas, trzeba to przyznać, państwo polskie z reguły bardzo dobrze i rozsądnie działało w najlepiej pojętym interesie obywateli. Polski program szczepień, społeczne działania profilaktyczne są wielkim dobrodziejstwem. Ponieważ rzadko je doceniamy, powstaje dylemat, który postaram się zilustrować przykładem. Jeżeli zdarzają się dzieci, które podlegają przemocy domowej, wszyscy oczekujemy, że odpowiednie „służby” będą ingerować i podejmą skuteczne działania zapobiegawcze. Jeżeli natomiast rodzice, nie zgadzając się na zaszczepienie dziecka, potencjalnie narażają je na poważne ryzyko, to uprawnienie państwa do ingerencji w takie krzywdzenie dzieci dla wielu jest co najmniej dyskusyjne.

Na stronach internetowych ruchów antyszczepionkowych można znaleźć argumenty świadczące o tym, że przeciwnicy szczepień są często ludźmi bardzo dbającymi o swoje zdrowie, żyjącymi z poczuciem odpowiedzialności i wierzącymi, że właściwy tryb życia i odżywiania wystarczy, aby uniknąć zagrożeń zdrowotnych.

Przekonanie, że ryzyko zachorowania na chorobę, przed którą chroni szczepionka, można zminimalizować odpowiednim stylem życia, jest nieprawdziwe. Niewątpliwie odpowiedzialne jest szczepienie. Oczywiście, trzeba mieć świadomość, że żadna szczepionka nie ma stuprocentowej skuteczności. Nie ma jednak wątpliwości, że szczepienie „się opłaca”. Myślę, że poglądy przeciwne szczepieniom wśród osób bardzo dbających o zdrowie swoje i swoich bliskich są po części związane z modą na życie w zgodzie z naturą. Warto jednak zauważyć, że również stosowanie antybiotyków czy leków przeciwnowotworowych należałoby według podobnych kryteriów uznać za „sprzeczne z naturą”, a przecież powszechnie je stosujemy.

Wydaje się, że błędnego koła antyszczepionkowego nie przerwiemy argumentami naukowymi.

To prawda, tym bardziej że w propagandzie przeciw szczepieniom jest bardzo dużo nieprawdziwych informacji. Na przykład na jednej ze stron internetowych można znaleźć informację, że w ciągu minionych 20 lat w Stanach Zjednoczonych zmarło wskutek powikłań poszczepiennych 145 tysięcy dzieci. Autor podaje rzekome źródło naukowe, które de facto nie istnieje – takich badań i takich wyników nikt nie opublikował w piśmiennictwie naukowym. Dalej snuje się przypuszczenia oparte na tych nieprawdziwych danych, że prawdopodobnie w Polsce rocznie umiera wskutek powikłań poszczepiennych około 700 dzieci. To absolutnie niewyobrażalne! O ile, wysilając wyobraźnię, można przyjąć, że część poważnych niepożądanych odczynów poszczepiennych umyka statystykom, to nie sposób ukryć tak poważnych odczynów, które zakończyłyby się zgonem dziecka. A tu jeszcze sugestia, że owych zgonów miałoby być kilkaset rocznie…

Współczesny człowiek aktywnie korzystający z mediów elektronicznych przyjmuje przez dwie doby taką dawkę informacji, która w początku dwudziestego wieku rozłożona była na całe życie. To już nie szum, ale hałas informacyjny. Może w tym tkwi problem – w selekcji informacji?

Zgadzam się. Środowiska medyczne zbudowały wyrafinowane metody selekcji i sprawdzania wiarygodności informacji. Praca towarzystw naukowych, zasady evidence based medicine, dyskutowanie i tworzenie wytycznych oraz rekomendacji – to znane metody selekcji i uwiarygodniania danych. Problem polega na tym, że te mechanizmy funkcjonują tylko w zamkniętych środowiskach. Stąd bierze się popularność poglądów nieprawdziwych, sprzecznych z wynikami badań naukowych, jak na przykład przekonania, że szczepienia wywołują autyzm czy choroby autoimmunologiczne. Symptomatyczna jest tutaj historia profesora Hilarego Koprowskiego, po II wojnie światowej pracującego w Stanach Zjednoczonych, twórcy doustnej szczepionki przeciw polio. Po wprowadzeniu jej do obrotu, z inicjatywy profesora Koprowskiego znaczne partie szczepionki nieodpłatnie przekazano w latach 1959–1963 do Polski i do krajów centralnej Afryki. Profesor był kandydatem do nagrody Nobla, jednak nie otrzymał jej z powodu podejrzenia, że powstanie wirusa HIV i wybuch światowej epidemii AIDS – to zatajony efekt uboczny szczepień przeciw polio. Te medialne sensacje zostały szczegółowo zbadane przez niezależne komisje i po trwających niemal 15 lat badaniach obalone argumentami naukowymi. Jednak profesor Koprowski nagrody Nobla nie dostał. Przykład ten pokazuje, jakie trudności możemy mieć z selekcją i oceną wiarygodności informacji. O ile jednak pacjenci mogą się w tym pogubić, to lekarzowi nie wolno.

Roman Budziński

1 Adam Boniecki, „Tygodnik Powszechny” 13 marca 2018 roku, 2 Zbigniew Hora, Variola vera, Ossolineum 1982, 3 Biblia tysiąclecia, Wydawnictwo Pallotinum 2016.

Okręgowa Izba Lekarska w Gdańsku przypomina, że z dniem 19 maja 2018 roku kończy się 2-letni okres przejściowy na dostosowanie wpisów w Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej (CEiDG) w zakresie posiadanego przez przedsiębiorcę numeru PESEL.

Obowiązek aktualizacji może dotyczyć przedsiębiorców, którzy zarejestrowali swoją działalność przed dniem 1 stycznia 2012r. i nie dokonywali po tej dacie żadnych zmian danych (np. zmiany adresów prowadzonej działalności, danych kontaktowych itp.). Jeżeli zarejestrowałeś swoją działalność przed 1 stycznia 2012r. i nie jesteś pewien, czy przez ostatnie 6,5 roku dokonywałeś jakiejś zmiany swoich danych:

  1. Znajdź swój wpis w bazie przedsiębiorców (firma.gov.pl – Znajdź przedsiębiorcę i zobacz w historii wpisu, czy składałeś jakieś wnioski po 1 stycznia 2012 roku. Jeśli tak – już uzupełniłeś PESEL i nie musisz nic robić.
  2. Nie możesz znaleźć swojego wpisu lub nie składałeś żadnych wniosków przez CEIDG? Udaj się do dowolnego urzędu gminy, gdzie urzędnik odnajdzie Twój wpis i sprawdzi, czy jest na nim PESEL. Jeśli go nie ma – od razu przyjmie od Ciebie wniosek o zmianę, na którym uzupełnisz brakujące dane. Wniosek o zmianę można złożyć również poprzez stronę firma.gov.pl z wykorzystaniem podpisu elektronicznego ePUAP.

Niezamieszczenie przez przedsiębiorcę w CEiDG numeru PESEL do dnia 19 maja 2018r. może skutkować wykreśleniem przez Ministra Przedsiębiorczości i Technologii działalności gospodarczej z urzędu.

Źródło: biznes.gov.pl

adw. Damian Konieczny

Biuro Prawne OIL w Gdańsku

Szkolenia i wykłady organizowane przez OIL w Gdańsku. Czekamy na propozycje tematów i wykładowców

Komisja Kształcenia Okręgowej Izby Lekarskiej w Gdańsku przygotowuje program szkoleń dla lekarzy i lekarzy dentystów w okresie od września 2018 do czerwca 2019 roku. Wszyscy członkowie Izby mają prawo do udziału w tych szkoleniach bez dodatkowych opłat pod warunkiem opłacania składek.

Zależy nam na tym, aby program szkoleń jak najlepiej odpowiadał potrzebom lekarzy i lekarzy dentystów. Dlatego prosimy o zgłaszanie tematów szkoleń szczególnie potrzebnych. Mile widziane będą również sugestie dotyczące nazwisk wykładowców. Często bywamy na różnych konferencjach i szkoleniach, gdzie słyszymy ciekawe wykłady i świetnych wykładowców. Możemy spróbować zaprosić ich do naszej Izby.

Prosimy o przesyłanie uwag, sugestii i opinii na adres e-mailowy Komisji Kształcenia Medycznego:  komisjaksztalcenia@oilgdansk.pl

Roman Budziński

przewodniczący Komisji Kształcenia Medycznego OIL w Gdańsku  

Lekarze zainteresowani pełnieniem funkcji lekarza sądowego poszukiwani

Prezes Sądu Okręgowego w Elblągu zaprasza lekarzy wykonujących zawód na terenie okręgu Sądu Okręgowego w Elblągu (Elbląg, Braniewo, Działdowo, Iława, Nowe Miasto Lubawskie, Ostróda) o kandydowanie na funkcję lekarza sądowego.

Zainteresowani pełnieniem powyższych funkcji proszeni są o przesłanie swoich zgłoszeń na adres e-mail oddzial.administarcyjny@elblag.so.gov.pl, bądź o kontakt pod numerem telefonu 556112409 – p. Beata.

Pełna informacja

68-letni doświadczony lekarz X.Y. – specjalista chirurg, pełniący 17 sierpnia 2015 r. dyżur na Szpitalnym Oddziale Ratunkowym (SOR) został oskarżony przez 45-letniego pacjenta A.O., kierowcę quada, który doznał urazu lewej połowy ciała w wypadku komunikacyjnym po zderzeniu z ciężarówką, o nieprawidłowe udzielenie mu pomocy medycznej, postawienie złego rozpoznania i odesłanie bez badania do domu.

Okręgowy Rzecznik Odpowiedzialności Zawodowej po zebraniu materiału dowodowego (dokumentacja lekarska, przesłuchanie skarżącego, przesłuchanie obwinionego chirurga, opinia biegłego radiologa) wydał postanowienie o przedstawieniu zarzutów lekarzowi X.Y., że będąc lekarzem dyżurnym SOR Szpitala popełnił błąd diagnostyczny, leczniczy i decyzyjny przez nierozpoznanie u pacjenta X odmy opłucnowej, złamania żeber po stronie lewej, przezstawowego złamania kości piszczelowej i strzałkowej lewych, co skutkowało opóźnieniem leczenia w warunkach szpitalnych i przekazał sprawę do rozpoznania przez Okręgowy Sąd Lekarski (OSL). Sąd ustalił, że do wypadku komunikacyjnego doszło 17 sierpnia około godz. 18.30. Wezwano Pogotowie Ratunkowe i Straż Pożarną. Pacjent otrzymał od lekarza Pogotowia iniekcję dożylną zawierającą 100 mg Ketonalu. Po przekazaniu pacjenta do SOR lekarz dyżurny zebrał wywiad, stwierdził zadrapania okolicy policzka lewego i krwiaka okolicy skroniowej lewej i skierował pacjenta na badania obrazowe: TK głowy, RTG żeber i stawu barkowego lewego. Szpital dysponuje aparatem TK z funkcją badania całego ciała. Na dyżurze w SOR nie było jednak radiologa. Opis wyniku badania TK głowy lekarz dyżurny otrzymał telemetrycznie, natomiast zdjęcia klatki piersiowej i stawu barkowego lewego oglądał razem z pacjentem na monitorze w gabinecie lekarskim. W badaniu TK głowy oprócz niewielkiego krwiaka okolicy czepca zmian patologicznych nie stwierdzono. Dyżurny chirurg po obejrzeniu obrazów klatki piersiowej i barku poinformował pacjenta, że nie widać na nich złamań, a stwierdzana bolesność jest związana z silnym stłuczeniem, dlatego wypisał pacjenta do domu, przepisał mu Ketonal w tabletkach, oszczędzający tryb życia i zlecił kontrolę u lekarza rodzinnego. Pobyt pacjenta na SOR trwał ok. 3 godzin. Tego dnia na SOR zgłosiło się około 70 pacjentów.

O godz. 9.00 następnego dnia (18.08), a więc już po ukończeniu dyżuru przez chirurga X.Y., specjalista radiolog opisał zdjęcia pacjenta A.O. wykonane poprzedniego wieczoru. Opis radiogramów wykonany przez radiologa szpitalnego był zgodny z ich oceną przez biegłego z radiologii, powołanego przez Sąd. Na zdjęciach radiologicznych widoczne były złamania 3 żeber po stronie lewej, duża odma opłucnowa lewostronna (3 cm w szczycie płuca lewego), podwichnięcie w stawie barkowym lewym. W dniu 19 sierpnia pacjent, podpierając się kulą łokciową, udał się do lekarza rodzinnego z powodu bólu lewej nogi, jej obrzęku i zasinienia. Po zebraniu wywiadu i zbadaniu pacjent został skierowany do ortopedy, który zlecił prześwietlenie stawu kolanowego lewego. Mieszkający na wsi pacjent z powodu pogorszenia samopoczucia, duszności, osłabienia i bólów nogi udał się następnego dnia rano (20.08) na SOR Szpitala w Z., gdzie był 3 dni wcześniej. Po ponownym zbadaniu przez innego lekarza dyżurnego, wykonaniu kolejnego RTG klatki piersiowej, RTG kończyny dolnej lewej i konsultacji ortopedycznej (złamania przezstawowe obu kości podudzia) został przyjęty na oddział chirurgiczny, gdzie odmę opłucnową odbarczono, kończynę dolną unieruchomiono w szynie gipsowej i pacjenta w 5. dobie wypisano do domu w stanie dobrym do dalszej rehabilitacji ambulatoryjnej.

W czasie rozprawy przed OSL lekarz X.Y. przyznał, że zbyt pochopnie wypisał pacjenta do domu. OSL podtrzymał wszystkie zarzuty postawione przez Rzecznika lekarzowi X.Y. i ukarał go upomnieniem. Należy pamiętać, że urazy komunikacyjne tylko w 20% dotyczą samej klatki piersiowej, większość dotyczy kilku okolic ciała. Objawy stłuczenia płuc i odmy opłucnowej mogą wystąpić dopiero po kilkunastu godzinach od urazu (w tym wypadku komunikacyjnego). Złamania przezstawowe kości podudzia należą do ciężkich typów urazów, muszą być dobrze i szybko rozpoznane, gdyż w większości przypadków wymagają leczenia operacyjnego, niekiedy endoprotezoplastyki. Lekarz, zgodnie z art. 4 Ustawy o zawodach lekarza i lekarza dentysty, ma obowiązek prawny wykonywać zawód:

a) zgodnie ze wskazaniami aktualnej wiedzy medycznej,

b) dostępnymi mu metodami i środkami zapobiegania, rozpoznania i leczenia chorób,

c) zgodnie z zasadami etyki zawodowej,

d) z należytą starannością.

Mechanizmy rynkowe (oszczędność i jeszcze raz oszczędność), naciski społeczne i wymagania administracyjne nie zwalniają go z tego obowiązku.

Alicja Juzwa

W 2017 r. świętowaliśmy złoty jubileusz Gdańskiego Telefonu i, tym samym, Polskiego Ruchu Pomocy Telefonicznej. Działalność Gdańskiego Telefonu Zaufania została oparta na zasadach Międzynarodowej Federacji Pomocy Telefonicznej brytyjskich „Samarytan” oraz na wolontariacie ludzi dobrej woli. Dziś, po 50 latach naszej działalności, sieć placówek Telefonów Zaufania pokrywa cały kraj.

Czuwa przy nich ponad 500 dyżurnych – członków Polskiego Towarzystwa Pomocy Telefonicznej, oraz znacząca liczba osób niezrzeszonych. Od ponad 20 lat Towarzystwo wydaje własne czasopismo „Telefon Zaufania – Nasza Gazeta”, a z okazji Jubileuszu przygotowało książkę będącą kompendium wiedzy o Telefonie Zaufania, pod tytułem Telefon Zaufania – słucham (red. Grażyna Świątecka i Ewa Czuchnowska, wyd. Via Medica 2017).

Idea telefonu zaufania zrodziła się na Wyspach Brytyjskich. Przywiózł ją do Polski prof. Tadeusz Kielanowski. Samobójstwo dwunastoletniej dziewczynki wstrząsnęło anglikańskim duchownym z Londynu, Chadem Varahem. By zapobiec takim ludzkim tragediom, zorganizował on w tym mieście w 1953 r. bezinteresowną pomoc telefoniczną, czynną całą dobę, dla ludzi w ostrym kryzysie psychicznym, z myślami samobójczymi. W ten sposób powstał pierwszy na świecie Telefon Zaufania, zapoczątkowany przez ruch o nazwie „Samarytanie” – międzynarodowy ruch pomocy telefonicznej. To właśnie oni odkryli, że skuteczność ich pomocy zależy nie tyle od kompetencji zawodowych, ile od umiejętności nawiązania kontaktu w klimacie przyjaźni, co określano mianem befriending (zaprzyjaźnianie) – cierpliwego, uważnego i refleksyjnego słuchania. Idea Chada Varaha uzyskała powszechną akceptację, najpierw w Anglii, a wkrótce na całym świecie. Podobnie, jak kiedyś idea Czerwonego Krzyża, dotarła ona na wszystkie kontynenty, pokonała bariery różnych systemów politycznych i różnych religii.

To wydarzenie o wielkim znaczeniu społecznym wskazało na nowe metody zapobiegania patologii społecznej i jej zwalczania, wyznaczało nowe kierunki działania i formy pomocy. Metody kontaktu z człowiekiem w ostrym kryzysie psychicznym, przyjęte w Telefonie Zaufania, zostały zaakceptowane w psychiatrii i psychologii, a także dość szybko w protestanckiej teologii pastoralnej. Profesjonaliści reprezentujący te dziedziny wiedzy wzbogacili je o nowy sposób kontaktu z pacjentem, z człowiekiem szukającym pomocy – o dialog, partnerski kontakt w atmosferze przyjaźni, szacunku i poszanowania wolności drugiej osoby. Pomoc człowiekowi będącemu w kryzysie psychicznym, wywołanym różnorodnymi przyczynami, jest więc zasadniczym celem działalności Telefonu Zaufania i wiodącym motywem podejmowania pracy przez osoby o nastawieniu prospołecznym. Niektórzy psycholodzy posługę w Telefonie Zaufania określają mianem psychoterapii podtrzymującej, inni nazywają ją „poradnictwem telefonicznym”. Tymczasem sami pracownicy tego typu placówek, w tym także i psycholodzy, albo odcinają się od tego ostatniego określenia, albo dopuszczają zaledwie poradę w szczególnych okolicznościach, i to tylko na wyraźne życzenie rozmówcy. Dyżurny Telefonu Zaufania – to wielki słuchający, to świadek, wobec którego człowiek będący w trudnej sytuacji życiowej, w impasie psychicznym, pragnie „rozliczyć się” z własnego życia, szuka pomocy, zrozumienia; szuka przede wszystkim osoby życzliwej, zaufanej, mądrej, ponieważ takiej nie dostrzega w swoim najbliższym otoczeniu. Jest mu potrzebny do rozmowy, do zwierzenia się czy wręcz wykrzyczenia swoich życiowych problemów, emocji, niedoli.

Zdarza się, że oczekiwania rozmówcy są inne niż te, które oferuje mu słuchający w Telefonie Zaufania. Ten pierwszy oczekuje niekiedy podania sposobu, w jaki należałoby rozwiązać jego problem, jego trudności. Czeka na poradę jak na receptę, która ma załatwić wiele, jeśli nie wszystko. Tymczasem porady w dosłownym znaczeniu tu nie ma. Jest natomiast uważne, życzliwe i przyjazne słuchanie. Jest zachęta do przetrwania kryzysowej sytuacji, jest „zdjęcie powiększających szkieł” z problemu – jak to wyraziła nieżyjąca już Katarzyna Wardynszkiewicz z Gdańskiego Telefonu Zaufania. Dyżurny TZ zachęca także rozmówcę do podzielenia się z nim pozytywnymi przeżyciami, także osiągnięciami ze swojego życia, by dowartościować w ten sposób człowieka, który traci wiarę w siebie, w sens swego istnienia. Pomaga mu odrzucić negatywny obraz samego siebie. Wzbudza w nim nadzieję na przetrwanie kryzysu, podpowiada, jak przezwyciężyć lęk, negatywizm do otoczenia i siebie samego, jak dostrzegać dobre strony osób z najbliższego otoczenia. Dyżurujący pomaga odkryć właściwe źródło pesymistycznego widzenia otaczającego świata, wydobywa rozmówcę z mroku egzystencji i przygnębienia, wprowadza go w świat nadziei, jaśniejących barw i optymizmu. Jest też coś więcej w takiej rozmowie – przekazanie przez dyżurującego własnego doświadczenia życiowego, nabytego niekiedy w dość podobnej sytuacji. To ostatnie okazuje się najcenniejsze dla szukającego pomocy w Telefonie Zaufania i najskuteczniej „otwiera” rozmówcę. Jeśli trzeba, uzyskuje on też niezbędne informacje, pomocne w rozwiązaniu konkretnego problemu życiowego.

Dyżurujący wskazuje rozmówcy, i to jest jedyna forma porady, sposoby wyciszenia jego wnętrza (wypoczynek, muzyka itp.). Najczęściej na tej drodze nasz rozmówca uzyskuje w Telefonie Zaufania rozładowanie napięcia emocjonalnego, uspokojenie, wzmocnienie nadziei. Na tym niejednokrotnie kończy się rozmowa. Rozmówca przerywa ją sam, właśnie w tym miejscu. Nierzadko jednak dialog trwa dalej w klimacie przyjaznej rozmowy. Osoba telefonująca i dyżurny razem próbują znaleźć najlepsze rozwiązanie i drogę wyjścia z impasu. Wobec słuchającego świadka rozmówca podejmuje decyzję. Jest to jego własna, samodzielna decyzja, głośno przemyślana ze słuchającym. Ten ostatni swoją „poradę” wyraża co najwyżej w aprobacie – „ja tak bym postąpił na pani (pana) miejscu”. Na życzenie dzwoniącego w rozmowie nierzadko poruszane są motywy religijne, próby rozwiązywania problemów w świetle wiary.

Trzeba koniecznie dodać, że rozmowa w TZ dla ludzi wierzących ma w sobie coś z powagi konfesjonału. Zarówno rozmówca, jak i słuchający, są wówczas tego świadomi. Zdarza się też, że dzwoniący szuka rozwiązania swego problemu, odwołując się do wartości obcych dyżurnemu, czy wręcz godzących w inne osoby, a nawet do rozwiązań nieetycznych z punktu widzenia podstawowych, zgodnych z naturalnymi normami moralności. Wówczas słuchający w Telefonie Zaufania nie udziela swojej aprobaty, ale też nie gorszy się rozmówcą, zachęca natomiast do ponownego przemyślenia problemu. Dyżurny nie narzuca rozmówcy swoich przekonań religijnych, filozoficznych czy politycznych. Rozmowa w Telefonie Zaufania ma też inne specyficzne właściwości. Jest najczęściej jednorazowa. Rozmowy wielokrotne z tą samą osobą dyżurującą są rzadsze. Czas jej trwania jest zasadniczo nieograniczony, inaczej niż to się dzieje w jakiejkolwiek poradni lekarskiej czy psychologicznej. Rozmowy trwają tu niekiedy 2–3 godziny. Skraca się je z rozmówcami bardzo często telefonującymi (niemal na każdy dyżur), z osobami będącymi w upojeniu alkoholowym, a także z agresywnymi lub chorymi psychicznie.

Kolejną charakterystyczną cechą pomocy telefonicznej jest jej łatwa dostępność, także w porze nocnej, chociaż nie we wszystkich polskich placówkach ten postulat jest spełniany. Nawet w rodzinie i wśród przyjaciół zdarza się, że najbliżsi nie mają dla siebie czasu i w ostrej sytuacji psychicznej trzeba szukać pomocy gdzie indziej. W Telefonie Zaufania osoba dyżurująca jest gotowa do podjęcia rozmowy i ma na to czas. Rozmówca ma świadomość tego, że nie jest natrętem, nikomu nie przeszkadza, chociaż zdarza się, że się upewnia, czy rzeczywiście tak jest. Cenna dla wielu rozmówców jest możliwość zachowania anonimowości, pozostania niejako w ukryciu, bez zmiany otoczenia. Tego warunku, jak wiemy, nie spełnia żadna poradnia. W gabinecie lekarza czy psychologa trzeba się ujawnić i przedstawić. Już sam wystrój takiego pomieszczenia w naszej, polskiej rzeczywistości jest, jak na razie, naznaczony urzędowością, nie sprzyja relaksowi, sprawia, że rozmówca może się tu poczuć obco. W niektórych placówkach pomocy telefonicznej – na życzenie rozmówców – odbywają się spotkania „twarzą w twarz”. Zdarza się to już po „oswojeniu” rozmówcy z dyżurującym przez telefon w rozmowie poprzedzającej to spotkanie. Rozmowy te, jeśli do nich dochodzi, też mają styl odmienny od poradnianego, odbywają się przy kawie czy herbacie, w atmosferze zaprzyjaźnienia i życzliwości.

W Telefonie Zaufania rozmówca może przedstawić każdy problem, niezależnie od charakteru konkretnej placówki, do której dzwoni. Doszło wprawdzie do pewnej specjalizacji także w polskim ruchu pomocy telefonicznej: są telefony zaufania dla młodzieży, dla osób z problemem alkoholowym, takie, w których pracują przede wszystkim lekarze psychiatrzy, ale osoby pełniące w nich dyżur podejmują wszystkie tematy rozmów, związane z różnorodnymi problemami życiowymi, niezależnie od charakteru placówki. Do każdego Telefonu Zaufania dzwonią osoby uwikłane w różne życiowe biedy, w rozmaitych potrzebach. Odsetek osób z jawnymi myślami samobójczymi jest stosunkowo nieduży, ale trzeba pamiętać, że rozmówcy często ich nie ujawniają. W Anglii przekonano się, że liczba samobójstw zmniejsza się proporcjonalnie do wzrostu liczby placówek „Samarytan”.

W naszym kraju nie opracowano takiej statystyki, natomiast dyżurni Telefonów Zaufania nierzadko słyszą słowa podziękowania za „wyprostowanie im życia”, czy nawet za udaremnienie próby samobójczej. Za nami 50 lat służby społeczeństwu polskiemu. W ciągu tych lata niezliczona liczba osób szukała pomocy w placówkach Telefonu Zaufania. Powierzali nam swoje troski, trudne problemy, najintymniejsze sprawy. Pytali nas o sens istnienia, zwracali się do nas, gdy zawodziła rodzina, przyjaciele. Odwoływali się do nas niemal jak do ostatniej instancji. Dla wielu staliśmy się jakby „konfesjonałem pośrodku miasta” ukazującym, ale nienarzucającym, lepsze rozwiązania i postawy moralne. Budziliśmy nadzieję i wiarę w osobach stojących na krawę- dzi życia. Staraliśmy się ująć ciężaru samotności, zwłaszcza ludziom starszym. Słuchaliśmy cierpliwie, z empatią, oferując nasze zainteresowanie ich życiem, naszą przyjaźń. Jesteśmy stale potrzebni ludziom zagubionym w życiu. Mówią nam o tym nasi rozmówcy. Ta służba kształtuje też nas samych. Nie jesteśmy herosami ani mędrcami. Jak inni ludzie zmagamy się z życiem. Praca w Telefonie Zaufania „to nie zabawa, nie kaprys, nie coś, co ma nam poprawić samopoczucie i własny wizerunek. To odpowiedzialność za drugiego człowieka, wrażliwość serca na ludzkie nieszczęście, zagubienie” – jak napisała jedna z osób dyżurnych. „Jesteście świadkami i światłami nadziei… symbolem wrażliwości na ludzkie potrzeby i równocześnie odpowiedzialnością” – to słowa śp. abp. Tadeusza Gocłowskiego wypowiedziane do uczestników jednej z Ogólnopolskich Konferencji dyżurnych telefonów zaufania (2003 r.).

prof. Grażyna Świątecka prezes Polskiego Towarzystwa Pomocy Telefonicznej

RODO

  1. Co to jest RODO?

Używając skrótu RODO mamy na myśli Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenie dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o danych osobowych). 

  1. Od kiedy i w jakim zakresie będzie obowiązywać RODO w Polsce?

Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady 2016/679 – nazywane potocznie RODO – wejdzie w życie na terenie Rzeczypospolitej Polskiej (i pozostałych państw członkowskich Unii Europejskiej) z dniem 25 maja 2018r. Od tego dnia wszystkie podmioty przetwarzające dane osobowe, w tym lekarze i lekarze dentyści prowadzący praktyki zawodowe i podmioty lecznicze, będą zobowiązane do jego stosowania.

  1. Czy pacjent w gabinecie prywatnym podczas wizyty „komercyjnej” musi podawać swoje dane osobowe (imię, nazwisko, PESEL)?

Każdy pacjent – w tym ten w gabinecie prywatnym podczas wizyty „komercyjnej” – powinien podawać określone dane osobowe Przepisy ustawy z dnia 6 listopada 2008r. o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta wyraźnie wskazują, jakie dane lekarz może i powinien odbierać od pacjenta – nie dzieląc pacjentów na tych, którzy korzystają ze świadczeń finansowanych ze środków publicznych (NFZ) czy też komercyjnych (którzy płacą z własnych środków). Zgodnie z treścią art. 25 ust. 1 pkt. 1 ww. ustawy dokumentacja medyczna zawiera co najmniej: oznaczenie pacjenta, pozwalające na ustalenie jego tożsamości, w tym nazwisko i imię (imiona), datę urodzenia, oznaczenie płci, adres miejsca zamieszkania, czy numer PESEL.     

oprac. adwokat Karol Kolankiewicz

-->