Ilu specjalistów złożyło tzw. deklaracje lojalności? Z nieoficjalnych, szczątkowych informacji wynika, że w niektórych szpitalach odsetek deklaracji osiągał nawet 80-85 proc. uprawnionych. I że nie brakuje chętnych do przejścia z kontraktów na umowy o pracę.

27 września 2018 roku, podczas posiedzenia Zespołu Trójstronnego RDS przedstawiciel NFZ informował, że globalnie w skali kraju na podpisanie deklaracji zdecydowało się około 20 proc. specjalistów. Nie uściślono jednak, czy chodzi w ogóle o lekarzy specjalistów, czy o lekarzy którzy w momencie wejścia w życie przepisów spełniali wszystkie ustawowe warunki. Tymczasem tego samego dnia „Rzeczpospolita” informowała, że „na pensję 6750 złotych brutto zdecydowała się większość specjalistów zatrudnionych na etacie”.

Dopóki nie będzie pełnych danych, podanych z rozbiciem na województwa i mniejsze regiony – trudno w pełni oszacować skutki, jakie spowoduje duże (na pewno większe od zakładanego przez Ministerstwo Zdrowia podczas prac nad ustawą) zainteresowanie „podwyżką Szumowskiego”. Nie chodzi tylko o skutki finansowe dla systemu, choć podczas Forum Ekonomicznego w Krynicy prezes NFZ Andrzej Jacyna przyznał, że według wstępnych danych Funduszu kwota, jaką resort zdrowia zabezpieczył na realizację podwyżek dla specjalistów w OSR dołączonej do ustawy, może się okazać niedoszacowana.

Szpitale ucierpią na „podwyżce Szumowskiego”? 

Jednak znacznie bardziej niż budżet Funduszu mogą ucierpieć szpitale. W ostatnich tygodniach do rządu zwróciły się z apelami dwie duże organizacje skupiające szpitalnych świadczeniodawców: Ogólnopolski Związek Szpitali Powiatowych alarmował nie tylko o pogarszającej się kondycji finansowej placówek, ale też o zagrożeniach, jakie niesie ze sobą ustawa. W tym braku możliwości zapewnienia ciągłości świadczeń z powodu odpływu kadr – duża część małych szpitali jest w stanie zapewnić minimalną wymaganą przez NFZ obsadę dyżurów wyłącznie dzięki pracy zewnętrznych specjalistów. W tle są jeszcze zapowiadane na 1 stycznia 2019 roku nowe normy zatrudnienia pielęgniarek, które świadczeniodawcy określają jako niemożliwe do spełnienia i domagają się odłożenia ich wejścia w życie. Pod koniec września z podobnym w tonie apelem zwróciła się Polska Federacja Szpitali. Również zwracając uwagę na problem z normami zatrudnienia pielęgniarek, PFS domaga się zwiększenia wartości umów szpitalnych w ramach sieci o co najmniej 15 proc. Normy zatrudnienia pielęgniarek i dodatkowe koszty zatrudnienia lekarzy, którzy zgodzą się dyżurować w takich szpitalach po odejściu specjalistów, którzy podpisali tzw. lojalki, zdaniem Federacji sprawią, że szpitale znajdą się blisko granicy bankructwa. Bo wbrew optymistycznym przekazom Ministerstwa Zdrowia dotyczącym poziomu zadłużenia szpitali, twarde dane pokazują, że zadłużenie rośnie (dynamika zobowiązań wymagalnych za drugi kwartał 2018 w ujęciu kwartalnym – ponad 108 proc.). Na horyzoncie są zaś kolejne wyższe koszty: podwyżka płacy minimalnej, podwyżki wynikające z ustawy o wynagrodzeniach minimalnych pracowników wykonujących zawody medyczne, znacząco wyższe koszty prądu itd.).

W ustawie jest oczywiście „wyjście awaryjne”, czyli wpisana klauzula o możliwości wyłączenia z zakazu konkurencji: dyrektor wojewódzkiego NFZ może ogłosić wykaz podmiotów, w których może wystąpić zagrożenie braku dostępności do świadczeń lub ciągłości ich udzielania z uwagi na zbyt małą liczbę lekarzy.

Problem w tym – jak od początku publicznych konsultacji ostrzegali eksperci – że w sytuacji braków kadrowych i ponad miarę rozbudowanej bazy szpitalnej w zasadzie ten problem może dotyczyć jeśli nie wszystkich, to zdecydowanej większości szpitali. W tym niemal wszystkich szpitali najniższego stopnia referencyjności. Powstała więc regulacja, w której wyjątek (zezwolenie na świadczenie dyżurów u „konkurencji”, mimo podpisanej deklaracji lojalnościowej) może stać się regułą. Można powiedzieć, że nie tylko skutki, ale sensowność wprowadzonych rozwiązań poznamy, gdy zostaną opublikowane nie tylko dane o liczbie podpisanych deklaracji lojalnościowych, ale też informacje, jaka część lekarzy specjalistów będzie zwolniona z „lojalności” i mimo otrzymywania wyższej pensji będzie mogła dyżurować poza macierzystą placówką. Gdyby taki scenariusz rzeczywiście się zrealizował, bez trudu można wyobrazić sobie sytuację, że Najwyższa Izba Kontroli stawia poważne zarzuty niegospodarności i niecelowości wydawania środków publicznych ministrowi zdrowia, gdyż zasadnicze, deklarowane w ustawie (w części dotyczącej specjalistów) nie zostałyby osiągnięte. Takim celem nie może być natomiast sama podwyżka płac specjalistów, gdyż nie obejmuje ona wszystkich lekarzy, którzy mogą się wykazać identycznymi kompetencjami.

Bony patriotyczne popularne wśród rezydentów

Mniej kontrowersji budzą deklaracje składane przez rezydentów, dotyczące tzw. bonu patriotycznego. W tym przypadku również pod koniec września nie było pełnych danych, ale z tych, które spływały już od 20 września z różnych regionów, można założyć że o dodatek lojalnościowy (600 zł miesięcznie, 700 zł w przypadku specjalizacji priorytetowych) wystąpiło ok. 70-80 proc. rezydentów. Ministerstwo Zdrowia zakładało, że wystąpią wszyscy – tak się jednak nie stało. To, oczywiście, nie oznacza, że 20-30 proc. przyszłych specjalistów myśli o wyjeździe za granicę. Rezydenci, którym do zakończenia specjalizacji zostało zaledwie kilka miesięcy, mogli nie chcieć ugrzęznąć w „papierologii”, procedurach biurokratycznych związanych nie tyle z pobraniem bonu co jego późniejszym odpracowywaniem. Część rezydentów z pewnością zakłada, że albo nie podejmie pracy w sektorze publicznym, albo podejmie ją w takim wymiarze, który nie pozwoli na bezproblemowe pobieranie bonu. Decyzji nie ułatwiają też enigmatyczne zapisy ustawy, dotyczące konsekwencji nieodpracowania bonu w terminie (np. zasad nakładania kar przez wojewodów w przypadkach losowych).

Jednak i w zakresie bonów rezydenckich nie obyło się bez zamieszania: na początku września okazało się, że resort zdrowia wyłączył z możliwości pobierania bonów rezydentów-dentystów. Powód? Ustawa stanowi, że podpisując bon rezydent zobowiązuje się do przepracowania określonego czasu w placówkach funkcjonujących w systemie publicznym w zawodzie lekarza. Nie wspomina wprost o zawodzie lekarza dentysty. Wniosek? Rezydentom-dentystom bon nie przysługuje, bo nie mogą pracować po zakończeniu specjalizacji w zawodzie lekarza.

Przeciw takiej interpretacji zaprotestowali zarówno rezydenci, podnosząc że w trakcie negocjacji porozumienia lutowego nie było mowy o wyłączaniu jakiejkolwiek grupy rezydentów z bonów lojalnościowych, jak i OZZL i samorząd lekarski. Wszystkie organizacje lekarskie zwracają uwagę, że ustawa o zawodzie lekarza i lekarza dentysty stanowi, że ilekroć w przepisach mowa jest o „lekarzu”, domyślnie oznacza to również „lekarza dentystę” (chyba że przepisy wprost stanowią inaczej). OZZL, posługując się opinią prawną, namawia rezydentów-dentystów (których zresztą w skali kraju jest mniej niż stu), by składali deklaracje o wypłatę bonu, a jeśli spotkają się z odmową, by szli z pozwami do sądów pracy (związek obiecuje wsparcie).

Ustawa niechlujna i kłopotliwa

Zarówno kontrowersje dotyczące deklaracji specjalistów jak i rezydentów są dowodem na to, że ustawa została napisana i uchwalona w sposób skrajnie niechlujny – czego dowodem jest wielostronicowa interpretacja, jaką musiał wydać minister zdrowia, by przeciąć (ale tylko na gruncie operacyjnym, roboczym, bo na pewno nie prawnym) spekulacje, np. kto może a kto nie wnioskować o wyższą pensję. Od sierpnia w kuluarach mówi się o tym, że potrzebna będzie nowelizacja przepisów i ich ujednoznacznienie i uporządkowanie. Co prawda organizacje lekarskie mają świadomość, że ewentualny wniosek do Trybunału Konstytucyjnego nie rodzi dla rządu większego zagrożenia, jednak ustawę może zaskarżyć wiele podmiotów, w tym organy samorządu terytorialnego. Lawina ewentualnych wniosków byłaby trudna do zignorowania.

Małgorzata Solecka  

 

 

Możliwość komentowania jest wyłączona.