To jeszcze nie jest oficjalna decyzja, ale już wiadomo, że wbrew powtarzanym po wielokroć zapewnieniom, że 1 lipca 2018 roku znikną tradycyjne druki ZLA, a system do przejścia na e-zwolnienia jest gotowy w 100 procentach, w połowie roku nie będzie żadnej rewolucji. To małe, ale bezdyskusyjne zwycięstwo organizacji lekarskich, które wiosną przeprowadziły prawdziwą kampanię na rzecz… zdrowego rozsądku.

Bezdyskusyjne, bo wydawało się że rządu tym razem nic nie powtrzyma od doprowadzenia do „pięknej katastrofy”, jaką byłoby obligatoryjne przejście na e-zwolnienia w sytuacji, gdy na dwa i pół miesiąca przed godziną „0” zaświadczenia o niezdolności do pracy w formie tradycyjnej wystawia ok. 88 proc. lekarzy.

Małe, bo lekarze postulowali, i postulują nadal, by rząd – ministerstwo pracy oraz ZUS – w ogóle porzucił pomysł obligatoryjności. Argumenty lekarzy trafiają jednak w próżnię. Powód jest oczywisty: pieniądze. Urzędnicy (i politycy, o czym za chwilę) „zwietrzyli krew” i już policzyli oszczędności, jakie przyniosą finansom ZUS i pracodawcom e-zwolnienia.

Bez wątpienia oszczędności na zasiłkach chorobowych po wprowadzeniu e-zwolnień będą. Ostatnie dane ZUS dotyczące wydatków na zasiłki są dość zatrważające: Polacy w 2017 roku pobili rekord, jeśli chodzi o liczbę dni na zwolnieniach, wypłacono również rekordowe sumy na zasiłki. Łącznie ZUS i pracodawcy – 17,6 mld zł. Więcej niż w latach poprzednich.

Można się zastanawiać, i to zapewne będzie podlegać dogłębnym analizom, jaka część tych zasiłków (wypłacanych przez ZUS) to zasiłki na zwolnienia długookresowe. Poza ciążą (powszechność zwolnień ciążowych to plaga i patologia polskiego systemu ubezpieczeniowego) za dużą część tych zwolnień odpowiada niewydolny system ochrony zdrowia, kolejki do badań, specjalistów i zabiegów, dzięki którym pracownicy mogliby szybciej odzyskiwać zdrowie (lub go nie tracić). Jednak gdy w 2016 roku postulat funkcjonalnego połączenia (przynajmniej częściowego) budżetów NFZ i FUS (w części zasiłkowej) zgłaszał p.o. Prezesa NFZ Andrzej Jacyna, wokół tematu zapadła głęboka cisza. Ówczesny minister zdrowia był bardziej zainteresowany przekonywaniem (kogo?), że system ochrony zdrowia uzdrowi likwidacja NFZ i wprowadzenie Narodowej Służby Zdrowia. Minister odszedł, NFZ pozostał. I, niestety, pozostały problemy.

Jak one się mają do e-zwolnień? Związek jest, choć może nieoczywisty. Premier Mateusz Morawiecki, podczas spotkań z wyborcami PiS przekonuje, że e-zwolnienia to jeden ze sposobów na uszczelnianie systemu ochrony zdrowia przed wyciekaniem z niego pieniędzy. To, oczywiście, nieprawda. Oszczędności na e-zwolnieniach w żaden sposób nie przyczynią się do uszczelnienia finansów ochrony zdrowia, bo zasiłki chorobowe nie są jego częścią. Ale skoro premier tak mówi… Może możliwy okaże się powrót do zarzuconego pomysłu prezesa Andrzeja Jacyny? Gdyby pieniądze zaoszczędzone dzięki szybszemu obiegowi informacji rzeczywiście miały pozostać w systemie ochrony zdrowia, może lekarzom łatwiej przyszłoby przestawienie się na nowe technologie?

Przesunięcie terminu obligatoryjności przejścia na e-zwolnienia ma się dokonać w formie poselskiego projektu nowelizacji przepisów (nie będzie konsultacji publicznych, a dyskusja w Sejmie odbędzie się prawdopodobnie na majowym posiedzeniu Sejmu). Wiosna pokazała że codzienna presja – bombardowanie mediów i opinii publicznej merytorycznymi, ale przystępnie sformułowanymi argumentami – ma sens.

Warto byłoby, żeby środowisko lekarskie wyciągnęło wnioski. Podobną strategię można (trzeba) stosować nie tylko w przypadku e-zwolnień.

Małgorzata Solecka 

Możliwość komentowania została wyłączona.