8 lutego 2017 roku przedstawiciele Porozumienia Rezydentów podpisali z ministrem zdrowia porozumienie, kończące zorganizowaną akcję wypowiadania klauzul opt-out. Młodzi lekarze zaapelowali do kolegów, by rozważyli pracę w dłuższym niż etatowy wymiarze czasu pracy, ale jak ognia wystrzegali się mówienia o powrocie do klauzul. Minister zobowiązał się do zrealizowania długiej listy postulatów środowiska lekarskiego. Poza jednym, kluczowym: szybkiego i skokowego wzrostu nakładów na ochronę zdrowia.

Na transparentach i ulotkach lekarze od października (a i dużo, dużo wcześniej) pisali: „6,8 proc. PKB na zdrowie!”. W dodatku – w trzy lata, do 2021 roku. Taki był główny postulat protestu głodowego, z takim rezydenci (i solidaryzujący się z nimi specjaliści) przystąpili do wypowiadania klauzul opt-out. Tuż przed dymisją ministra Konstantego Radziwiłła zespół negocjacyjny Porozumienia Rezydentów ujawnił, że jest gotowy przystać na 6 proc. PKB, jeśli rząd zobowiąże się do podniesienia nakładów do tego poziomu w 2023 roku. Drugim warunkiem było rozpoczęcie procesu podnoszenia nakładów już od 2018 roku (bo obecnie obowiązująca ustawa przewiduje, że realnie nakłady wzrosną – procentowo – dopiero w 2020 roku).

Minister Łukasz Szumowski nie przystał na te warunki, bo zgody nie dał premier Mateusz Morawiecki, który jeszcze jako minister finansów domagał się wręcz, by w ustawie 6 proc. PKB wprost zapisano, że nakłady zaczną rosnąć od 2020 roku. Rezydenci musieli się zgodzić na rządową ofertę: 6 proc. PKB w 2024 roku, czyli o rok wcześniej niż zakłada ustawa. A w tym roku nakłady na ochronę zdrowia względem PKB zostaną utrzymane na ubiegłorocznym poziomie (ustawa przewiduje spadek relacji, ze względu na blisko 3 mld zł dotacji, jaką budżet państwa przekazał na cele związane ze zdrowiem w ubiegłym roku).

Nic dziwnego, że nastroje po podpisaniu porozumienia dalekie były od euforii, choć duża część lekarzy – zwłaszcza młodszych – wskazywała, jak wiele udało się osiągnąć.

Rezydentom udało się też wywalczyć dodatkowe płatne dni urlopu naukowego a także to, że lekarze mają być objęci ochroną tak jak funkcjonariusze publiczni. Minister zobowiązał się również do szybkiego wdrożenia prac, które doprowadzą do pojawienia się w szpitalach pracowników pomocniczych – m.in. sekretarek medycznych, tak by lekarze (ale również pielęgniarki) mogli zająć się przede wszystkim leczeniem pacjentów.

Niewątpliwym sukcesem PR OZZL jest nie tylko obiecana podwyżka, ale i uporządkowanie wynagrodzeń rezydentów. Rozwiązanie, po które sięgnął poprzedni minister zdrowia – specjalny dodatek dla wybranych specjalizacji – które powoduje, że rozpoczynający kształcenie specjalizacyjne lekarze zarabiają więcej nie tylko od swoich starszych kolegów rezydentów, ale również od kierowników specjalizacji, trzeba uznać za wyjątkowo szkodliwe – i dobrze, że od 1 lipca wynagrodzenia rezydentów będą postawione „z głowy na nogi”. Młodsi mają zarabiać więcej, ale starsi rezydenci – jeszcze więcej.

Podwyżki mają też otrzymać specjaliści – jednak pod warunkiem, że zwiążą się niemal na wyłączność ze swoim macierzystym szpitalem. 6750 złotych dla specjalisty, pracującego na etacie, pod warunkiem że nie będzie wykonywał tożsamej pracy w innym szpitalu – to oferta ministra zdrowia. „Tożsama praca” oznacza przy tym wyłącznie dyżury na oddziale szpitalnym, bo lekarz będzie mógł np. przyjmować w innym szpitalu w poradni specjalistycznej, będzie mógł też podejmować pracę np. w NPL czy POZ.

A co z innymi grupami zawodowymi? Porozumienie Rezydentów OZZL współtworzy przecież Porozumienie Zawodów Medycznych, które wspierało protest młodych lekarzy. Dzień przed podpisaniem porozumienia w Ministerstwie Zdrowia przedstawiciel PZM prezentował w Sejmie (zresztą przy niemal pustej sali) obywatelski projekt ustawy, przewidujący wzrost nakładów na ochronę zdrowia do 6,8 proc. PKB w ciągu trzech lat.

W dokumencie, pod którym podpisali się młodzi lekarze, jest również punkt dotyczący innych zawodów medycznych. Minister zdrowia zobowiązał się, że podejmie rozmowy z przedstawicielami poszczególnych grup zawodowych – do końca 2018 roku.

Na reakcję nie trzeba było długo czekać. Minął tydzień, a minister Łukasz Szumowski musiał wysłuchać ostrej reprymendy od przedstawicieli największych central związkowych na posiedzeniu Prezydium Rady Dialogu Społecznego. Przewodniczący NSZZ „Solidarność”, Piotr Duda, wręcz zagroził ministrowi zorganizowaniem akcji protestacyjnej na wielką skalę, bo – jak powiedział – minister rozmawia tylko z tymi, którzy protestują. Do podobnych wniosków doszli również przedstawiciele OPZZ i FZZ, którzy przypomnieli ministrowi o swoim „dużym doświadczeniu” w organizowaniu protestów.

Centrale związkowe mają za złe ministrowi „separatystyczne” porozumienie z lekarzami, podpisane w dodatku w tym samym czasie, w którym resort zdrowia przekazał do konsultacji publicznych nowelizację ustawy o wynagrodzeniach minimalnych pracowników medycznych. Nowelizacja przewiduje m.in. poszerzenie katalogu pracowników ochrony zdrowia, objętych gwarancją minimalnego wynagrodzenia (mają je otrzymać m.in. rejestratorki i sekretarki medyczne). To częściowe spełnienie postulatu „Solidarności” – związek od początku walczy, by ustawa obejmowała wszystkich pracowników zatrudnionych w placówkach medycznych, choć jest to niemożliwe ze względu na zarzut niekonstytucyjności (szczególne rozwiązania płacowe mogą mieć zastosowanie tylko wobec pracowników, którzy wykonują szczególny rodzaj pracy lub którzy muszą mieć szczególne kwalifikacje).

Związkowcy podkreślają dwie kwestie: porozumienie z 8 lutego prowadzi do drastycznego rozejścia się poziomu minimalnych wynagrodzeń lekarzy z wynagrodzeniami innych grup zawodowych, oczywiście na korzyść tych pierwszych. Zaś najniższe wynagrodzenia w ochronie zdrowia, gwarantowane ustawą (współczynnik 0,53 przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce) będą wynosić mniej, niż gwarantowana powszechnie płaca minimalna. Takie wynagrodzenie ministerstwo oferuje nie tylko salowym, ale też np. sekretarkom medycznym, które mają stanowić remedium na problemy kadrowe, braki lekarzy i pielęgniarek. Na taki poziom wynagrodzeń związkowcy, jak zapowiadają, się nie godzą i nie zgodzą. Zaś relatywnie wysokie podwyżki, wynegocjowane przez lekarzy, tylko zachęcają do ostrzejszego formułowania postulatów – pielęgniarki już zaczynają mówić nie tylko o demonstracjach ulicznych, ale wręcz o strajku. Takim, jaki zorganizowały w 2015 roku. Wtedy politycy PiS poparli ich postulaty a minister zdrowia, prof. Marian Zembala, zagwarantował podwyżkę wynagrodzenia.

Z innej strony na problem podwyżek dla lekarzy patrzą pracodawcy. Wzrost wynagrodzeń rezydentów nie obciąży w znaczący sposób bezpośrednio budżetów szpitali (choć częściowo tak, bo wzrosną stawki za dyżury), jednak już podwyżka dla specjalistów – zdecydowanie tak. Dyrektorzy szpitali i ich organy założycielskie obawiają się jednak równie mocno pośrednich skutków porozumienia w części dotyczącej specjalistów: jeśli lekarze pracujący na etatach w większych szpitalach przestaną być dostępni dla mniejszych (przede wszystkim powiatowych) placówek w zakresie dyżurowania, lekarze kontraktowi zaczną dyktować jeszcze wyższe stawki za dyżury. Pracodawcy nie mają też wątpliwości, że spirala oczekiwań płacowych dopiero się zaczyna nakręcać. I obawiają się, że zapowiadany przez Ministerstwo Zdrowia wzrost finansowania – dodatkowe 2 mld zł z budżetu państwa – oraz dodatkowe pieniądze, jakie ewentualnie pojawią się w systemie dzięki lepszemu spływowi składki zdrowotnej w olbrzymiej większości będą musiały zostać przeznaczone na wzrost wynagrodzeń.

Tę opinię zdaje się podzielać p.o. Prezesa NFZ Andrzej Jacyna, który podczas lutowego posiedzenia Rady Dialogu Społecznego podkreślał, że resort zdrowia musi pilnie przygotować nowelizację ustawy o świadczeniach opieki zdrowotnej (tzw. ustawy 6 proc. PKB), by weszła ona w życie przed 1 lipca, kiedy mają – zgodnie z porozumieniem – zacząć obowiązywać podwyżki dla lekarzy. Inaczej szpitalom grozi powiększanie zadłużenia.

Można zaryzykować tezę, że porozumienie, jakie zdecydowali się podpisać rezydenci, rozwiązując część problemów, jednocześnie otwiera nowe. Przede wszystkim dlatego, że nierozwiązany pozostaje podstawowy problem systemu ochrony zdrowia – zbyt niski poziom publicznych nakładów.

Małgorzata Solecka  

Możliwość komentowania jest wyłączona.