Cztery placówki, osiem oddziałów – pod koniec września 2018 roku Pomorski Oddział Wojewódzki NFZ opublikował pierwszy wykaz szpitali i oddziałów zagrożonych brakiem dostępności świadczeń w związku z podpisaniem przez lekarzy specjalistów deklaracji lojalności. Jakie będą tego skutki?

Pomorskie nie jest w szczególnie złej sytuacji. Dla porównania w samym województwie mazowieckim na liście znalazło się niemal dwadzieścia szpitali i kilkadziesiąt oddziałów. W województwach opolskim i świętokrzyskim braki dostępności do świadczeń grożą w więcej niż połowie placówek znajdujących się w sieci szpitali. To, co może niepokoić to fakt, że wszystkie osiem oddziałów to jednostki dedykowane opiece nad dziećmi – oddziały neonatologii (COPERNICUS sp. z o.o. w Gdańsku, Szpital Specjalistyczny w Kościerzynie, Powiatowe Centrum Zdrowia sp. z o.o. w Kartuzach), pediatrii (Kościerzyna), anestezjologii i intensywnej terapii dzieci (Szpital Dziecięcy Polanki im. Macieja Płażyńskiego sp. z o.o.), chirurgii dziecięcej (COPERNICUS).

Brakuje pediatrów i neonatologów  

Pediatria i neonatologia (oraz inne oddziały dziecięce) są szczególnie wrażliwe ze względu na specyfikę specjalizacji – od lat pediatrzy i inni specjaliści zajmujący się leczeniem dzieci alarmowali o prawdziwej wyrwie pokoleniowej, która zagraża ciągłości opieki nad najmłodszymi pacjentami. Choćby w przypadku pediatrii wysoka średnia wieku lekarza specjalisty oraz zdecydowana feminizacja specjalizacji powoduje, że jeszcze na długo przed pomysłem „lojalek” szpitale i oddziały pediatryczne borykały się z problemem braku obsady dyżurowej na oddziałach.

Umieszczenie w wykazie oddziałów zagrożonych brakiem dostępności automatycznie oznacza zgodę NFZ na pełnienie dyżurów przez specjalistów z podpisaną lojalką – widać już wyraźnie, że przynajmniej w części specjalizacji zwiększenie pensji w związku z podpisaną lojalką będzie oznaczać po prostu podwyżkę, w żaden sposób nie ograniczającą możliwości podejmowania dodatkowej pracy, również w zakresie „świadczeń tożsamych”. Eksperci zastanawiają się, kiedy zostanie osiągnięty próg (liczba oddziałów na wykazach „zagrożonych”, liczba specjalistów ze zdjętą klauzulą lojalności), za którym trzeba będzie postawić pytanie o sens obwarowywania podwyżki ustawowymi wymogami.

Jednocześnie, przynajmniej na razie, nie ma sygnałów, by szpitale zgłaszały do NFZ wnioski o umieszczenie w wykazie i spotykały się z odmową, która skutkowałaby rzeczywistymi problemami szpitali z zapełnieniem grafika dyżurów, co musiałoby skutkować zawieszeniem lub wręcz zamknięciem oddziału lub oddziałów. Ministerstwo Zdrowia konsekwentnie twierdzi, że celem ustawy nie jest ograniczanie liczby łóżek, oddziałów czy szpitali. Zaś wypowiedź premiera Mateusza Morawieckiego podczas wizyty w Biebrzańskim Parku Narodowym każe sądzić, że Prawo i Sprawiedliwość nawet nie rozważa scenariusza, w którym jakikolwiek szpital miał zostać zamknięty. Premier zapewniał, że rząd chce, by również poza wielkimi ośrodkami powstawały miejsca pracy. – Tak łatwo zwijać szpitale i posterunki w gminach i powiatach, przez co znikają instytucje, które są wyrazem obecności państwa w terenie – mówił szef rządu, wyliczając ile posterunków policji „zwinęła” poprzednia władza (o liczbie szpitali nie wspomniał).

Problemy z dostępnością w 130 szpitalach

W sumie w skali kraju, jak wynika z zestawień opublikowanych przez oddziały Narodowego Funduszu Zdrowia deklaratywne problemy z dostępnością mogą wystąpić (według stanu na koniec września) w niemal 130 szpitalach, w sumie nawet w kilkuset oddziałach. Warto jednak zaznaczyć, że sytuacja może się zmieniać dosłownie z tygodnia na tydzień – liczba specjalistów podpisujących deklaracje lojalności może wzrosnąć, i tak naprawdę nikt nie jest w stanie nawet w przybliżeniu oszacować, jak bardzo.

Dane na koniec września 2018 roku dotyczą specjalistów, którzy deklaracje podpisali w pierwszej transzy (do 7 września), zatrudnionych na umowy o pracę. Według danych Funduszu deklaracje podpisało ponad 16 tysięcy lekarzy, w sumie zatrudnionych na ok. 15 tysiącach etatów przeliczeniowych. W ustawie o świadczeniach zdrowotnych finansowanych ze środków publicznych podwyżki do 6750 złotych brutto na etat przewidziano, że o taką pensję zasadniczą mogą wystąpić lekarze pracujący na niespełna 22 tysiącach etatów przeliczeniowych – ale OSR do ustawy obejmuje wyłącznie specjalistów, którzy w czasie przygotowywania projektu byli zatrudnieni na podstawie umów o pracę. Tymczasem już od kilku tygodni w szpitalach rodzi się kolejny problem – specjaliści, pracujący na podstawie kontraktów zgłaszają się do dyrektorów z wyliczeniami, ile powinni otrzymywać za godzinę pracy, by ich wynagrodzenie nie odbiegało od tego, które pod podwyżce dostają etatowcy. Podczas posiedzenia sejmowej Komisji Zdrowia, poświęconego sytuacji finansowej szpitali, przedstawiciele organizacji pracodawców informowali, że dyrektorzy podczas rozmów z urzędnikami Funduszu, w jaki sposób mają sfinansować ewentualne podwyżki dla lekarzy kontraktowych słyszą, że jedynym sposobem jest przejście zainteresowanych lekarzy na etat – wtedy NFZ będzie musiał pieniądze znaleźć.

Choć – o czym warto pamiętać – na razie tylko przez dwa lata. Ustawa bowiem gwarantuje wyższe pensje tylko do 2020 roku. Część szpitali, która już przygotowała aneksy do umów o pracę dla specjalistów, zawiera w nich zastrzeżenie, że lekarzowi na podstawie przepisów ustawy o świadczeniach wyższe wynagrodzenie należy się wyłącznie przez okres, w jakim szpital będzie otrzymywał dodatkowe środki z Funduszu. Po tym okresie pensja ma powrócić do stanu sprzed „podwyżki Szumowskiego”, z ewentualną korektą wynikającą z przepisów ustawy o wynagrodzeniu minimalnym pracowników wykonujących zawody medyczne.

Małgorzata Solecka 

Możliwość komentowania została wyłączona.