Podwyżka płacy minimalnej już na starcie pogorszy sytuację finansową szpitali. 8 stycznia zapanuje chaos w związku z przejściem na e-recepty, a w kolejnych tygodniach minister zdrowia będzie się musiał zmierzyć z bojowo nastawionymi negocjatorami środowiska lekarskiego, którzy stawią się na renegocjacje zawartego dwa lata temu porozumienia. To pesymistycznie realistyczna wizja początku roku 2020, który można stwierdzić z dużą dozą prawdopodobieństwa, nie będzie łatwiejszy niż 2019.

A to przecież zaledwie „plan” na styczeń. I to bynajmniej nie cały. W styczniu konstytuować się będzie Porozumienie Chirurgów przy OZZL. Struktura pozioma, skupiająca lekarzy zabiegowców. Rezydentów i specjalistów. Z postulatami dotyczącymi zarówno zmian w programie kształcenia specjalizacyjnego jak i warunków pracy (i płacy) już po zakończeniu specjalizacji. Porozumienie Chirurgów może się stać w pewnym momencie prawdziwą wunderwaffe w sporach z Ministerstwem Zdrowia. Lekarzy jednej (czy też nawet kilku) specjalizacji łatwiej zmobilizować do ewentualnego protestu – choćby złożenia wypowiedzeń – niż całe środowisko. Wystarczy przypomnieć skuteczność nielicznego przecież Związku Zawodowego Anestezjologów, który ponad dwadzieścia lat temu trzymał przez wiele tygodni w szachu Ministerstwo Zdrowia.

Wraca temat dofinansowania ochrony zdrowia 

Ale i bez mobilizacji zabiegowców sytuacja w zdrowiu będzie się raczej komplikować niż prostować. Już w grudniu Porozumienie Rezydentów OZZL a także – co warte podkreślenia – przedstawiciele samorządu lekarskiego, który dwa lata temu miał status obserwatora przy zawieraniu porozumienia między młodymi lekarzami a ministrem zdrowia Łukaszem Szumowskim, punktowało, z jakiej części zobowiązań minister zdrowia się nie wywiązał. Począwszy od ustawy o zawodach lekarza i lekarza dentysty – w styczniu minie rok, jak minister otrzymał od przewodniczącego zespołu projekt, zaakceptowany przez Naczelną Radę Lekarską. Ustawy jak nie było tak nie ma, choć przedstawiciele Ministerstwa Zdrowia co jakiś czas, rytualnie wręcz, zapewniają, że „prace są na ostatniej prostej”. Ustawa, w dodatku, jest w ogromnej części karykaturą pierwotnego projektu, a jej lwia część dotyczy ułatwień w podejmowaniu pracy w zawodzie lekarza dla specjalistów spoza Unii Europejskiej (tego wątku zespół kierowany przez dr. Jarosława Bilińskiego w ogóle nie poruszał). Czy pojawi się w Sejmie na początku roku? Są sygnały, że nie wszyscy politycy Prawa i Sprawiedliwości popierają pomysł, by w czasie kampanii prezydenckiej debatować o tym, że Polska potrzebuje ściągnąć lekarzy zza wschodniej granicy. Zwłaszcza, że oznacza to de facto ściąganie lekarzy z Ukrainy, bo ci z Rosji i z Białorusi wcale nie będą zainteresowani podejmowaniem pracy w Polsce.

Rozczarowań pod adresem resortu zdrowia jest jednak więcej, a kluczową kwestią jest oczywiście poziom nakładów publicznych na ochronę zdrowia. Ministerstwo Zdrowia z uporem maniaka powtarza kwestie o bezprecedensowym wzroście nakładów i realizowaniu ustawy 6 proc. PKB na zdrowie „z wyprzedzeniem”, jednak międzynarodowe rankingi i raporty – by zacytować przychylną przez długi czas dla Ministerstwa Zdrowia ekspertkę, dr Małgorzatę Gałązkę-Sobotkę, wiceprzewodniczącą Rady NFZ – „odzierają nas ze wszystkich złudzeń”: publiczne nakłady na zdrowie w 2018 roku nie przekroczyły 4,5 proc. PKB. Ustawa, przynajmniej na razie, nie dała impulsu do wzrostu wskaźnika ponad poziom, który Polska osiągała bez „historycznych”, „przełomowych” i „bezprecedensowych” zapisów.

Markowany, czy też czysto księgowy – wzrost nakładów, wynikający po części z szybkiego wzrostu gospodarczego (w który wpisany jest dynamiczny wzrost wynagrodzeń, broń dla systemu ochrony zdrowia obosieczna, bo z jednej strony szybko rośnie pula odprowadzanych składek, z drugiej – jeszcze szybciej rosną wynagrodzenia w sektorze), po części z inflacji (ta dla usług zdrowotnych sięga 6,5 proc.!) przekłada się na pogarszającą się sytuację finansową szpitali.

Zadłużenie szpitali. Rośnie czy maleje?  

Rząd twierdzi przy tym, że problemu praktycznie nie ma. Zadłużenie co prawda – mówiła w grudniu w Sejmie wiceminister Józefa Szczurek-Żelazko – nominalnie rośnie, ale w odniesieniu do rosnących przychodów szpitali, praktycznie jest mniejsze. Ministerstwo przez pół roku nie publikowało danych o zobowiązaniach szpitali, gdy zaś pod koniec listopada zdecydowało się na ten krok okazało się, że zobowiązania szpitali ogółem (spzoz, spółek w których podmioty publiczne mają większościowe udziały oraz instytutów medycznych) sięgają 16 mld zł, zaś długi (zobowiązania wymagalne) – 2,5 mld zł.

Temat zobowiązań szpitali i zasad finansowania świadczeń medycznych w 2020 roku będą powracać w debacie publicznej – wszystko za sprawą werdyktu Trybunału Konstytucyjnego, który w końcówce listopada 2019 roku orzekł, że rząd nie może przerzucać na samorządy, będące organami założycielskimi szpitali, obowiązku pokrywania strat, które są wynikiem niedostatecznego poziomu finansowania świadczeń zdrowotnych (w tym zasady, według której NFZ nie płaci za świadczenia wykonane ponad limit). Rząd co prawda dostał aż 18 miesięcy na poprawienie zakwestionowanego przez sędziów przepisu, jednak swoją inicjatywę ustawodawczą w tej sprawie już zapowiedział Senat.

Temat będzie żył tym mocniej, im mocniej o swojej sytuacji finansowej będą przypominać szpitale. Nad tymi zaś, jak miecz Damoklesa, ciążyć będą w 2020 roku podwyżki wynagrodzeń. Już w styczniu szpitale będą musiały znaleźć środki na wypłatę wyższych wynagrodzeń minimalnych (pensja minimalna rośnie od 1 stycznia do 2,6 tysiąca złotych brutto). Nie chodzi jednak wyłącznie o podwyżki dla najmniej zarabiających pracowników: zwiększenie ich wynagrodzeń (zwłaszcza, że od tego roku zacznie obowiązywać wyłączenie dodatku stażowego z pensji minimalnej) musi skutkować podwyżką dla tych, którzy zarabiają niewiele powyżej płacy minimalnej. Dyrektorzy szpitali zgodnie twierdzą, że jedynie wynagrodzenia lekarzy oraz części kadry pielęgniarskiej „oprą się” fali styczniowych podwyżek. To zaś nie koniec: bezpośrednim skutkiem podwyżki płacy minimalnej są wyższe koszty outsourcingu – od kuchni, przez pralnię po ochronę, żeby wziąć tylko najprostsze obszary.

Skutki ustawy o wynagrodzeniach minimalnych pracowników 

W lipcu 2020 roku szpitale będą się zaś musiały zmierzyć ze skutkami ustawy o wynagrodzeniach minimalnych pracowników wykonujących zawody medyczne. Ta, nikogo nie satysfakcjonująca, ustawa według OSR dołączonego do projektu z 2017 roku miała w 2020 roku przynieść skutki finansowe w wysokości ponad 2,2 mld zł dodatkowych wydatków – blisko miliard złotych więcej, niż w 2019 roku. Od lipca 2020 roku kwota bazowa zostanie całkowicie uwolniona i wyniesie – wszystko wskazuje – ponad 5 tysięcy złotych (średnia krajowa za 2019 rok) wobec 4,2 tys. zł obecnie.

Ministerstwo Zdrowia i NFZ podkreślają, że wzrost wynagrodzeń jest nieuchronny, bo w sytuacji braków kadrowych w ochronie zdrowia mamy do czynienia z rynkiem pracownika. Dlatego, jak można usłyszeć w resorcie zdrowia – oczywiście nieoficjalnie – szpitale, nawet te najbardziej zadłużone, proponują lekarzom „absurdalnie wysokie” stawki godzinowe za dyżury, sięgające – w niektórych specjalizacjach, newralgicznych dla funkcjonowania szpitali – 200 złotych za godzinę. Nic nie wskazuje, by 2020 rok miał przynieść jakiś przełom w tej sprawie. Co więcej, lekarze – zwłaszcza młodsi – twardo zapowiadają, że częścią „renegocjacji porozumienia” będzie również postulat powrotu do rozmów o radykalnym podwyższeniu minimalnego wynagrodzenia lekarzy do poziomu od lat postulowanego przez środowisko: od średniej krajowej dla stażysty, po trzy średnie krajowe dla specjalisty. Czy Ministerstwo Zdrowia jest przygotowane na takie rozmowy? Tu również można jedynie stwierdzić, że nic na to nie wskazuje.

Pełen napięć, mniej lub bardziej lokalnych konfliktów, z doniesieniami o zamykaniu lub ograniczaniu działalności oddziałów i szpitali, przerzucania odpowiedzialności i żonglowania danymi – taki będzie rok 2020 w zdrowiu. Czyli bez większych zmian.

Małgorzata Solecka 

Możliwość komentowania jest wyłączona.