Na co dzień jest lekarką chirurgiem. Po godzinach wypala ceramiczne płytki i zamienia ściany gdyńskiej przychodni w podwodne światy, klify, żagle i ogrody. Dr Izabela Fołta mówi, że długo „pracowała dla chleba”, ale sztuka zawsze w niej była. Dziś jej mozaiki zatrzymują pacjentów tam, gdzie zwykle przychodzi się z bólem, lękiem albo skierowaniem w ręku.

Na początku były ściany. Wielkie, puste, przygnębiające. W publicznej przychodni zwykle nikt nie ma do nich głowy, bo ważniejsze są badania, wyniki i kolejka do specjalisty. Dr Izabela Fołta widziała je jednak codziennie i za każdym razem czuła sprzeciw.

„Chodziłam po schodach i szlag mnie trafiał, kiedy widziałam te wielkie ściany z koszmarnymi plakatami na temat opieki zdrowotnej. Były brzydkie jak siedem grzechów głównych” - opowiada.

Ściany prosiły się o sztukę

Tam, gdzie inni mijali informacyjne plansze, ona widziała przestrzeń. - Myślałam: Boże, przecież tu jest taki potencjał, tyle miejsca, tak fajna przestrzeń - dodaje.

Jest już na emeryturze, ale nadal przyjmuje pacjentów. Wie, że do przychodni przychodzi się z bólem, lękiem, niepewnością. Może dlatego tak mocno poczuła, że sztuka w takim miejscu nie jest dekoracją. Może być oddechem.

Przełom nastąpił, gdy w przychodni pojawił się prezes Bartosz Domański. - To człowiek bardzo wrażliwy: na cierpienie, ale też na sztukę. Dba o przychodnię i o ludzi - mówi lekarka. Wtedy powiedziała mu: „Wie pan, marzy mi się, żeby te koszmarne ściany pokryć mozaiką”. Zgodził się. - Myślę, że nie do końca wiedział, w co się pakuje i o czym mówię, ale się zgodził - dodaje.

Morze między gabinetami

Pierwsza była mozaika marynistyczna: woda, słońce, skaczące ryby, rafy, mewy. Kilkanaście metrów kwadratowych błękitu i ruchu. Cztery miesiące pracy po dyżurach. Tysiące elementów wypalanych w domowej pracowni, rusztowania, klej, poprawki, cierpliwość. - Tak się zapaliłam, że nie mogłam spać ani jeść, tylko myślałam, wyobrażałam sobie, przeżywałam, skakałam po rusztowaniach jak kozica, bo mnie to bardzo cieszyło - mówiła podczas odsłonięcia pracy w grudniu 2023 roku.

W jej biografii wraca jedno: umiała wchodzić wysoko, gdy trzeba było. Po trapie, na statek jako lekarz okrętowy. W nowe życie na Wybrzeżu. Na studia artystyczne. I na rusztowanie, żeby przykleić do ściany własne morze. - Zaczęliśmy od karpi, od tej mozaiki ze skaczącymi rybami - opowiada. - Jest woda, jest ruch, bo ryby skaczą, a ryby oznaczają bogactwo i dostatek. Jest też pogoda, bo świeci słońce.

Praca szybko przestała być tylko jej. - Zanim skończyliśmy pierwszą mozaikę, wśród załogi zrobiło się wielkie poruszenie. Ludzie skupili się wokół tej pracy, jakby się skonsolidowali - opowiada. Lekarze zbierali płytki, pacjenci komentowali, a niektóre uwagi były tak zabawne, że, jak mówi Izabela Fołta, „można by z nich zrobić zeszyt humoru”.

Przychodnia nagle przestała być wyłącznie miejscem medycznych procedur. Stała się miejscem rozmowy. Ktoś zatrzymał się na schodach, ktoś zapytał, co to będzie.

- O to nam najbardziej chodziło, żeby przychodnia nie kojarzyła się tylko z chorobami, cierpieniem i bólem, ale żeby pacjent mógł na chwilę się zatrzymać, oderwać myślami, ucieszyć oko - tłumaczy artystka.

Klif, syrena i żagle

Potem przyszły kolejne piętra i kolejne morskie opowieści. Druga mozaika narodziła się z podróży do Dubaju i wizyty w parku wodnym. - Zobaczyłam tam cudne płaszczki, które pływały jak ptaki. Postanowiłam, że zrobię właśnie takie ciepłowodne ryby. Na ścianie pojawiły się też żółwie, małe ryby i rafa koralowa - opowiada.

Następna była bardziej gdyńska i symboliczna. Klif Orłowski, który znika i traci drzewa, postanowiła zatrzymać w ceramice. - Pomyślałam: dobrze, trzeba go uwiecznić. I powstała mozaika z klifem. Jest na niej syrena. Gdynia syreny nie ma? To teraz ma. Warszawska syrena jest wojownicza, z mieczem. Nasza jest słodka, kobieca - mówi dr Fołta. Trzyma w rękach łabędzia, symbol doskonalenia się przez przemianę.

Ostatnia, największa z dotychczasowych mozaik powstała z myślą o jubileuszu Gdyni. Ma kolorowe żagle, odbicia na wodzie i mewy w różnych fazach lotu. - To największa płaszczyzna, ma prawie dwa razy większą powierzchnię niż poprzednie. Potrzebne były piętrowe rusztowania. Szef martwił się, żebym nie spadła, ale jak już weszłam, to się trzymałam i dałam radę - wspomina.

Od zawsze było rysowanie

Droga dr Fołty do ceramiki nie była oczywista. Najpierw była medycyna, a sztuka szła obok, czasem zepchnięta przez obowiązki. - Od zawsze było rysowanie i malowanie - wspomina. - Od dziecka, choć z przerwą.

- Zawsze czułam wewnętrzną potrzebę kontaktu ze sztuką - mówi. Pamięta, jak przechodziła obok wrocławskiej Akademii Sztuk Pięknych. - Czułam, jakby płynęło stamtąd jakieś uduchowienie - wspomina.

Przez lata trzeba było jednak pracować „dla chleba”. Była chirurgia, dyżury, odpowiedzialność. Później życie rzuciło ją na Wybrzeże. Nie miała pieniędzy, mieszkania ani oparcia. Pływała jako lekarz okrętowy. Po powrocie weszła do urzędu i powiedziała wprost: jest chirurgiem, jest rozwiedziona, nie ma pracy ani mieszkania. - A pani odpowiedziała: dobrze, że pani przyszła, bo dyrektor szuka chirurga. I dali mi mieszkanie. Tak tutaj zakotwiczyłam - wspomina.

Wybrzeże stało się miejscem życia, pracy, miłości i sztuki. Gdy chleba trzeba było zdobywać trochę mniej, wróciło malowanie. Najpierw prywatne lekcje u malarki z Gdańska, potem wystawy w Gdyni. - Ona dała mi podstawy techniki, proporcji i tej wiedzy, która jest potrzebna, żeby prace nie były wyłącznie amatorskie - mówi.

Rzucić się na inne wody

Prawdziwy przełom przyszedł, gdy dowiedziała się o studiach artystycznych w Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku. To był czas choroby jej męża, kapitana żeglugi wielkiej, ale to on popchnął ją do decyzji. - Gdyby mąż powiedział choć jedno słowo w rodzaju: daj spokój, pewnie na tym by się skończyło. A on się do tego zapalił - mówi.

Dostała się na gdańską ASP. I odkryła świat inny niż medycyna. - To były przepiękne lata. W porównaniu ze studiami medycznymi: niebo a ziemia. Studia artystyczne były zabawą, przyjemnością, swobodą. Medycyna to była orka - dodaje. Na ASP rzeźba poruszyła ją natychmiast. - Tam poczułam, że czuję się w tym fantastycznie: to lepienie, to babranie się w materiale - opowiada.

Z ceramiką spotkała się przez zachwyt nad pracą Anny Strzelczyk. Pojechała do autorki do Sopotu, potem były odwiedziny, rozmowy i przyjaźń. W końcu usłyszała: „Jak chcesz, to polep ze mną”. I polepiła. - Anka zaczęła mnie wciągać w warsztat ceramiczny. Była moją praktyczną nauczycielką - wspomina lekarka.

Ceramika okazała się materią wymagającą i nieposłuszną. Trzeba znać szkliwa, temperatury, wypały, łączenia. A i tak nie wszystko zależy od artysty. - Zawsze jest niespodzianka i właśnie w tym jest dreszczyk: ja robię, a co wyjdzie, okaże się dopiero po wypale - tłumaczy.

Są już następne plany twórcze. Jedna z mozaik ma być abstrakcyjna, druga, przy rentgenie, ma prowadzić w stronę ogrodu. - Chciałabym, żeby mieli wrażenie, że zmierzają w kierunku ogrodu - w myślach widzi już pacjentów idących korytarzem.

Dr Fołta nie planuje już raczej wystaw. - Nie gonię za sławą ani za pieniędzmi, bo do grobu tego nie wezmę. Mam natomiast duże oparcie w przychodni - mówi.

Najważniejsze w tej historii nie jest nawet to, że lekarka została artystką. Raczej to, że nie rozdzieliła tych dwóch światów. W jednym leczyła ciało, w drugim próbuje leczyć przestrzeń. Pacjenci zatrzymują się choćby na moment. I może właśnie o to chodzi: żeby między jednym gabinetem a drugim człowiek poczuł, że świat jest trochę większy niż przed chwilą.

Tekst i zdjęcia Piotr Piotrowski