Dziennikarz formułuje tezę, godzącą w lekarzy, na podstawie fałszywych, błędnych, obliczeń. Wykazuje się nie tylko brakiem wiedzy na temat złożonych i trudnych tematów związanych z funkcjonowaniem systemu ochrony zdrowia, czy też jeszcze trudniejszych – z medycyną, ale nawet elementarnym rozsądkiem, który nakazuje dwa albo trzy razy sprawdzić dane, zanim się cokolwiek opublikuje. Padają więc fałszywe oskarżenia pod adresem lekarzy. Trudno sobie wyobrazić bardziej jednoznaczną sytuację, uprawniającą do zdecydowanej reakcji środowiska. Żądanie sprostowania, ba – może nawet oddanie sprawy do sądu. Reakcji jednak nie ma. Dlaczego?

Merytorycznie sprawa jest „stara”, bo rzecz wydarzyła się w lipcu br. Przypomnijmy: Dziennik Gazeta Prawna opublikował teksty, których autorzy przedstawili dwie karkołomne tezy. Po pierwsze, że przychody praktyk lekarzy POZ wzrosły w porównaniu do 2014 roku o kilkadziesiąt procent (gazeta pisała o gigantycznej, bezprecedensowej podwyżce). Po drugie, że pieniądze te lekarze POZ „przejedli” – bo nie zlecają pacjentom dodatkowych badań, mimo że właśnie na takie badania pieniądze te miały zostać przeznaczone.

Oskarżenia dziennikarza to nadużycie
Gdyby tak było, gdyby lekarze rzeczywiście otrzymali kilkudziesięcioprocentową podwyżkę i ją „przejedli”, byłby to skandal. Choć oczywiście i wtedy można byłoby przypominać grudniowe spory Porozumienia Zielonogórskiego z Bartoszem Arłukowiczem. Nie kto inny jak lekarze domagali się od ministra zdrowia „oznaczenia” dodatkowych pieniędzy przeznaczanych na POZ i nie powiększanie o nie stawki kapitacyjnej. Lekarze chcieli mieć w rękach dowód, jak niskie finansowanie dodatkowych, związanych z pakietem onkologicznym, badań przewidziało Ministerstwo Zdrowia. Ministerstwu, nalegającemu na podwyższeniu stawki kapitacyjnej – na ukryciu, że pieniędzy wcale więcej nie będzie. Operacja się powiodła, po myśli resortu zdrowia. Stawkę kapitacyjną podwyższono „bezprecedensowo”, a lekarze rodzinni zostali ze starym budżetem. Niektórzy zyskali – kilka procent. Inni nieco nawet stracili. Większość wyszła „na zero”. To wszystko można udowodnić, przedstawiając podstawowe operacje – zwiększenie stawki kapitacyjnej wiązało się przecież z likwidacją przelicznika za choroby przewlekłe (mnożnik 3). I z wprowadzeniem zasady, że NFZ nie płaci za „pacjentów czerwonych”. Dziennikarz, ignorując te dwie przesłanki, i przeliczając budżet lekarza POZ wyłącznie w oparciu o powiększoną o kilkadziesiąt złotych stawkę – dokonał bezprecedensowego nadużycia. Zupełnie wtórna staje się wówczas kwestia, czy lekarze zlecają (i jeśli tak, to ile) dodatkowe badania. Choć oczywiście – jest to temat sam w sobie. Bo jeśli mimo braku dodatkowych środków takie badania zlecają w większej ilości, oznaczałoby to, ni mniej ni więcej, że faktyczna sytuacja jest dokładnie odwrotna od tej przedstawionej w artykułach: lekarze POZ mając te same przychody a wyższe koszty wręcz dokładają do biznesu – oczywiście w porównaniu z rokiem poprzednim.

Samorząd lekarski: lepiej przemilczeć
Oczywiście, lekarze rodzinni reagują natychmiast – przedstawiają swoje stanowisko, prezentują wyliczenia. W mediach branżowych publikowane są teksty, pokazujące stan faktyczny. Czy jednak mają szansę się przebić? Dlaczego w obronie lekarzy POZ nie stanął samorząd lekarski? Dlaczego nie zdecydowano się na konkretne działanie – na przykład wejście na drogę sądową z wydawcą ogólnopolskiego, choć niskonakładowego, dziennika? Taka decyzja zmusiłaby inne media do szerszego zaprezentowania stanu faktycznego, a nie okazjonalnego posiłkowania się wyliczeniami i argumentami przytaczanymi w Dzienniku Gazecie Prawnej. Przede wszystkim jednak dziennikarze i ich wydawcy otrzymaliby jasny sygnał, że lekarze nie są grupą zawodową, która może uchodzić za pochyłe drzewo – jak to dzieje się często w tej chwili. Nie oznacza to oczywiście, że lekarze mają być nietykalni, ale w ostatnich latach zbyt łatwo mediom przychodzi przypuszczanie ataków zarówno na całą grupę zawodową jak i na konkretnych lekarzy – ataków, które nie znajdują uzasadnienia w faktach.
Na początku września br w Naczelnej Izbie Lekarskiej odbyło się spotkanie Rzecznika Praw Lekarzy z przedstawicielami lekarzy POZ, w tym lekarzy rodzinnych. – O sprawie artykułu rozmawialiśmy półtorej godziny. Przez niemal cały czas Rzecznik Praw Lekarzy starał się przekonać nas i udowodnić, że podejmowanie jakichkolwiek działań jest bezcelowe. Usłyszeliśmy m.in., że „powstaje sto takich artykułów miesięcznie, więc lepiej je przemilczeć, bo i tak nie damy rady” i to, że izby lekarskie wiele razy angażowały się w nieudane procesy – powiedział mi po spotkaniu w Warszawie Maciej Kupiec, lekarz rodzinny z Wrocławia, reprezentujący młodych lekarzy przy Kolegium Lekarzy Rodzinnych.
Rzecznik Praw Lekarza posiłkował się przy tym „nieoficjalną opinią prawną”, w której można było przeczytać m.in: „Artykuł zamieszczony w Gazecie Prawnej z 20 lipca (…) dotyczy zarządzania pieniędzmi przeznaczonymi dla lekarzy w ramach „obsługi” zapisanych do nich pacjentów. Wiąże się ze znaczącą podwyżką, jaką otrzymali oni w tym roku i systemem sprawozdawczości z tytułu ich wykorzystania. Jak rozumiem, mamy nieco podobne zdanie, co jego Autor, a mianowicie, że pieniądze te nie są wykorzystywane właściwie, nie służą bowiem zwiększeniu liczby przepisywanych badań…”. Już ten cytat wystarczy do zrozumienia, jakie szkody czyni brak zdecydowanej reakcji na publikacje nieprawdziwe i oparte na fałszywych przesłankach – nawet ludzie pośrednio związani z samorządem lekarskim (czy środowiskiem lekarskim) powielają zwyczajne kłamstwa. Również dlatego, że nie usłyszeli stanowiska drugiej strony, które to przynajmniej postawiłoby znak zapytania, poddałoby w wątpliwość publikację medialną.

Brak reakcji to brak reakcji
Czy rzeczywiście w miesiącu powstaje sto „takich artykułów”? Artykułów czy materiałów dziennikarskich nieprzychylnych lekarzom? Jeśli uwzględnić media lokalne, różnego rodzaju publikatory – łącznie z poczytnymi blogami – pewnie tak. Ale rolą służb medialnych samorządu lekarskiego, na szczeblu izb okręgowych oraz NIL, powinno być odsiewanie ziarna od plew. Nie każda negatywna wobec lekarza publikacja wymaga interwencji samorządu lekarskiego – choćby dlatego, że może być uzasadniona i oparta na faktach. Jeśli nie ma z czym polemizować, polemiki podejmować nie należy. W sprawach indywidualnych – gdy pomówienie dotyczy jednego lekarza – zdecydowanie lepszym rozwiązaniem jest udzielenie wsparcia w postaci pomocy prawnej (jeśli lekarz tego oczekuje), niż medialna ofensywa.
Jednak gdy publikacja dotyczy całej grupy zawodowej lub jej znaczącej części – w tym przypadku lekarzy POZ – samorząd lekarski i jego organy, których zadaniem jest m.in. obrona dobrego wizerunku lekarzy po prostu nie mogą przyjmować postawy „brak reakcji to też reakcja”. Brak reakcji to brak reakcji. To pośrednie przyznanie racji temu, kto nieprawdę i pomówienie publikuje. W dobie permanentnej archiwizacji danych – to również narażenie się na wieczne życie fałszywych treści. Kiedyś (nie tak dawno przecież, jeszcze dekadę temu) mówiło się, że „gazeta żyje jeden dzień”. To, co zostało napisane czy powiedziane w mediach elektronicznych – szybko umierało własną śmiercią. W tych czasach być może postawa wyczekująca była nie tyle uzasadniona, co dopuszczalna. Dziś nie można mieć nadziei, że „ludzie zapomną”. Nie zapomną, bo Internet to pamięć absolutna – wszystko, co zostało napisane będzie żyć do końca świata (e-świata) i jeden dzień dłużej.
Incydent związany z publikacją w DGP powinien być jeszcze jednym (kolejnym) impulsem dla samorządu lekarskiego, by zdefiniować, redefiniować, wymyślić na nowo politykę medialną na miarę bieżących wyzwań. Brak takiej polityki, brak zdecydowania w podejmowaniu uzasadnionych polemik, brak gotowości do walki w obronie dobrego imienia lekarzy w sytuacjach, gdy jest ono w sposób nieuzasadniony kwestionowane jeszcze szerzej otworzy drogę do spadków w rankingach społecznego zaufania. I można byłoby na to nie zwracać uwagi, gdyby nie fakt, że mniejsze zaufanie to większe przyzwolenie dla powszechnego hejtu. Mniejsze zaufanie to większe zapotrzebowanie na kolejne medialne, mniej lub bardziej sensacyjne, „fakty” o złych lekarzach. To perpetuum mobile, samonapędzająca się katastrofa.

Dla OIL w Gdańsku pisze Małgorzata Solecka (na zdjęciu), dziennikarka i publicystka. Pracowała m.in. w „Rzeczpospolitej” i tygodniku „Newsweek Polska”. Problematyką ochrony zdrowia zajmuje się od 1998 roku. Obecnie współpracuje m.in. z miesięcznikiem „Służba Zdrowia” i portalem „Medycyna Praktyczna”.


Komentarze
Warto próbować. Roman Budziński prezes ORL w Gdańsku
Od kilku lat w Okręgowej Izbie Lekarskiej w Gdańsku staramy się stworzyć mechanizmy umożliwiające skuteczną obronę lekarzy w przypadkach ataków medialnych. Przykładem tego mogą być sprawy naszych działań wobec artykułów komentujących nasze protesty (przepisy refundacyjne, pakiet onkologiczny i kolejkowy), dotyczących problemów alkoholowych wśród lekarzy, oszczerstw lub przekłamań wobec naszych Koleżanek i Kolegów. Część z tych naszych działań zakończyła się sukcesem. Często jednak ten sukces był po prostu sprostowaniem wydrukowanym drobnym drukiem na przedostatniej stronie. Dlatego, doceniając wagę problemu, podjęliśmy działania na poziomie centralnym, zmierzające do stworzenia przy Naczelnej Izbie Lekarskiej ośrodka medialnego, który z jednej strony wprowadzałby do mediów opinie „z naszego punktu widzenia”, a z drugiej prowadziłby aktywne działania prawne w obronie atakowanych w mediach lekarzy. Wśród członków Naczelnej Rady Lekarskiej zdania co do celowości takich działań są podzielone, czego przykład podaje w swoim artykule redaktor Małgorzata Solecka. Oczywiście, trzeba mieć świadomość, że często byłaby to walka Dawida z Goliatem, jak uczy nas jednak lektura tej biblijnej przypowieści − czasami warto próbować. Dlatego zależy mi na wywołaniu dyskusji, z której argumenty pomogą (mam nadzieję) przekonać niezdecydowanych.

Bierność to zgoda na hejt. Andrzej Zapaśnik wiceprzewodniczący Pomorskiego Związku Pracodawców Ochrony Zdrowia:
Generalnie zgadzam się z autorką artykułu, że nasz samorząd powinien wypracować mechanizmy obrony przed rozpowszechnianiem w mediach nieprawdziwych informacji o lekarzach, zwłaszcza jeżeli dotykają one całą grupę zawodową, jak w omawianym przykładzie. Przy czym Naczelna Izba Lekarska powinna reagować na informacje pojawiające się w mediach ogólnopolskich, a izby okręgowe w mediach regionalnych.

Po ukazaniu się wspomnianego artykułu Federacja Porozumienie Zielonogórskie niezwłocznie wysłała stosowne sprostowanie do Dziennika Gazety Prawnej, co nie odniosło skutku, a także do mediów branżowych, gdzie zostało opublikowane. Podobnie zareagowało Kolegium Lekarzy Rodzinnych. Byłoby lepiej, gdyby tego typu reakcja nastąpiła również ze strony Naczelnej Izby Lekarskiej, a w przypadku braku przeprosin ze strony redakcji DGP, doszło do wystąpienia na drogę sądową o zniesławienie z powództwa Rzecznika Praw Lekarza. Opisywana w artykule argumentacja Rzecznika Praw Lekarza, „usprawiedliwiająca” jego bierność w tym zakresie, nie wydaje się stosowna. Wskazuje raczej na brak orientacji w niełatwych skądinąd do zrozumienia aspektach organizacyjno-finansowych funkcjonowania podstawowej opieki zdrowotnej. Tyle że brak tej orientacji w środowisku jest naszą słabością i powoduje, że sami stajemy się podatni na hejt.

Przypominam więc Koleżankom i Kolegom, że w planie finansowym NFZ na 2016 rok na POZ, już po „podwyżkach” wywalczonych na początku roku, a faktycznie po przywróceniu realnego poziomu finansowania z roku 2009, przypada 13,7 proc. środków, a po odjęciu funduszy na pielęgniarstwo i położnictwo środowiskowe, medycynę szkolną, nocną opiekę chorych oraz transport sanitarny pozostaje na opiekę lekarską jedynie ok. 10,5 proc. budżetu. Tymczasem na prawidłowe funkcjonowanie POZ potrzeba co najmniej 20 proc. środków, co jest stałym postulatem naszego środowiska. Bez należytego finansowania, pozwalającego na zatrudnienie dodatkowych lekarzy, skazani jesteśmy w POZ na pracę przekraczającą nasze siły. Mamy pod opieką za dużo pacjentów i wynikających z tego wizyt, a za mało możliwości diagnostyczno-terapeutycznych i czasu dla przewlekle chorych, o profilaktyce nie wspominając, co nie pozwala na wykorzystanie w pełni naszych   kompetencji. Jesteśmy przeciążeni biurokracją i nadal zarabiamy średnio dużo mniej niż nasi koledzy posiadający inne specjalizacje.
Wyrażam nadzieję, że jeżeli wypracujemy spójne zasady postępowania w skali całego kraju w gronie samorządu lekarskiego, organizacji pracodawców i towarzystw naukowych, to możliwe będzie uzyskanie pozytywnego wpływu na media oraz ograniczenie nieprzychylnych i bezkarnych przekazów. Ale to zależy przede wszystkim od naszej postawy i działań.

Możliwość komentowania jest wyłączona.