Ministerstwo Zdrowia chciałoby zapanować nad wydatkami na wynagrodzenia pracowników ochrony zdrowia bez „ruszania” tzw. ustawy podwyżkowej, którą eksperci i ekonomiści często nazywają „kilerem systemu”. Należy zakładać, że ani w 2026 roku ani w przyszłym (wybory) zmian w ustawie nie będzie.
Nowy - choć wcale nie nowatorski, bo mówiono o nim już jakiś czas temu - pomysł to wprowadzenie górnego limitu w budżetach szpitali, jeśli chodzi o koszty pracy. Minister zdrowia Jolanta Sobierańska-Grenda podkreśla, że sytuacja, w której szpital 90-100 proc. przychodów z kontraktu wydaje na wynagrodzenia (niezależnie od formy zatrudnienia), musi prowadzić i podmiot leczniczy i system do przepaści.
Konkretnych propozycji (jeszcze) nie ma - i nie wiadomo, kiedy będą. Wiadomo natomiast, że kolejna „tura” podwyżek w ochronie zdrowia nastąpi 1 lipca 2026 roku, a 9 czerwca Agencja Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji przekaże do resortu zdrowia rekomendacje dotyczące realizacji ustawy podwyżkowej. W tym roku będą one bardzo skromne. W grze jest w praktyce tylko wariant minimalny, przewidujący przekazanie świadczeniodawcom przez Fundusz pieniędzy pozwalających na sfinansowanie podwyżek dla pracowników etatowych i to tylko tych, których wynagrodzenie jest niższe niż minimalne, wynikające z ustawy. Według wyliczeń AOTMiT tak okrojona wersja podwyżek ma kosztować ok. 3,5 mld zł (w drugim półroczu 2026 roku), być może na stole pojawi się jednak nieco więcej środków (około miliarda złotych), żeby NFZ mógł skorygować część wycen. W górę, ale niewykluczona jest też korekta wycen świadczeń do tej pory bardzo dobrze (lub po prostu lepiej) wycenionych.
Czy to oznacza, że lekarze nie mają co liczyć na podwyżki w średniej wysokości sięgającej 8,7 proc.? Na pewno otrzymają je stażyści - ich wynagrodzenia wzrosną z niespełna 7,8 tys. zł brutto do blisko 8,5 tys. zł. Natomiast lekarze pracujący na etacie, zarówno specjaliści jak i lekarze bez specjalizacji, są w bardziej złożonej sytuacji. To zawsze będą decyzje podejmowane na poziomie podmiotów leczniczych, ale z danych AOTMiT wynika, że średnie wynagrodzenie specjalisty „etatowca” w lutym 2026 roku wyniosło blisko 14 tys. zł, podczas gdy minimalne od 1 lipca ma wynieść 12,9 tys. zł. Agencja przewiduje, że wynagrodzenia w tej grupie wzrosną średnio o niespełna 4 proc. Jeszcze mniej mogą wynieść podwyżki lekarzy bez specjalizacji - nieco ponad 1 proc. (również w tej grupie średnie wynagrodzenie przekracza wyraźnie poziom wynagrodzenia minimalnego). Z drugiej strony - w dyskusjach wśród dyrektorów szpitali mocno wybrzmiewa pogląd, że podwyżki nie mogą zaburzać struktury wynagrodzeń a pominięcie lekarzy lub przyznanie im tylko minimalnych podwyżek miałoby takie właśnie skutki.
W danych, przedstawionych przez AOTMiT podczas majowego posiedzenia Zespołu Trójstronnego ds. Ochrony Zdrowia wynika, że średnie wynagrodzenie łączne (brutto) lekarza specjalisty wynosi ok. 25 tys. zł (wynagrodzenie zasadnicze plus wszystkie dodatki, premie, nagrody, dyżury i nadgodziny). Wynagrodzenie zasadnicze stanowi ok. 58 proc. wynagrodzenia łącznego - ale brakuje jednej, kluczowej, informacji, pozwalającej oszacować stawkę godzinową (czyli liczby godzin, potrzebnych na wypracowanie takiej kwoty). Jest ona kluczowa, co pokazują różnice między 1. oraz 3. grupą (lekarze specjaliści i lekarze bez specjalizacji, w których udział wynagrodzenia zasadniczego w wynagrodzeniu łącznym oscyluje wokół 60 proc.) a pozostałymi grupami, w który jest wyraźnie wyższy (od 70 do blisko 85 proc., jedyną grupą, w której udział nie przekracza 70 proc., jest grupa 2., czyli m.in. pielęgniarki z tytułem magistra i specjalizacją).
Wraca też - w nieco inny sposób - temat kontraktów lekarskich. Z danych AOTMiT wynika, że mediana wartości kontraktów brutto brutto to nieco ponad 25,5 tys. zł. Ministerstwo Zdrowia chce zmienić przepisy tak, by możliwe było zbieranie danych na numer PWZ (lub PESEL) - choć pojawiają się wątpliwości, czy nie będzie to zbyt duża ingerencja w ochronę danych osobowych. Jeśli taki przepis zostałby uchwalony i wszedł w życie, AOTMiT i NFZ „widziałby”, ile łącznie zarabia każdy lekarz. Decydenci mówią o przejrzystości, ale w tle są również – jak się wydaje – zakusy na wprowadzenie ograniczeń, czy to dotyczących górnego poziomu pojedynczego kontraktu czy liczby umów, jakie może posiadać jeden lekarz (obydwa pomysły były rozważane również przez poprzednie kierownictwo resortu zdrowia).
Na razie narracja o gigantycznych kontraktach, przekraczających 100 tys. zł miesięcznie, nie znajduje potwierdzenia w danych. Takich umów kontraktowych w przypadku specjalistów AOTMiT naliczyła 625 (oraz kilkadziesiąt umów o pracę opiewających na taką kwotę). To ułamek ułamka pracujących lekarzy, choć - oczywiście - mowa o kontraktach, nie o zarobkach lekarzy, bo to, że duży odsetek łączy pracę w kilku podmiotach - czasami są to tylko podmioty publiczne, choć wielu lekarzy pracuje zarówno w publicznym jak i prywatnym sektorze - nie jest żadną tajemnicą.
Zresztą praca w kilku miejscach, a zwłaszcza praca w publicznym i prywatnym sektorze, również staje się przedmiotem debaty. Wraca – za sprawą postulatów zgłaszanych przez PiS i partię Razem - pomysł spuszczenia „żelaznej kurtyny” między publiczną i prywatną ochroną zdrowia. Politycy tych ugrupowań chcą, by lekarz musiał się określić „albo-albo”. Pomysł nienowy, wielokrotnie analizowany - za każdym razem owe analizy prowadziły do wniosku, że niewykonalny.
Sami lekarze są, jak pokazał raport „Perspektywa’27”, przedstawiony na początku maja przez Naczelną Izbę Lekarską, wobec tych zapowiedzi sceptyczni. Lwia część z 2243 lekarzy i lekarzy dentystów, którzy wzięli udział w ankiecie (badanie nie jest reprezentatywne, choć liczba odpowiedzi pozwala formułować miarodajne wnioski), nie popiera całkowitego, sztywnego rozdziału między prywatnym a publicznym sektorem, wskazując zarówno na inne - bardziej potrzebne - rozwiązania, porządkujące sytuację i zwiększające transparentność funkcjonowania tych dwóch obszarów jak i potencjalne zagrożenia związane z rozdziałem, takie jak wydłużenie kolejek i pogorszenie dostępności do świadczeń przez rezygnację części lekarzy z pracy w sektorze publicznym. Tylko 15,1 proc. respondentów popiera pełny zakaz pracy w obu sektorach jednocześnie.
Jednocześnie część lekarzy uważa, że byliby w stanie rozważyć pracę jedynie w publicznym sektorze, pod warunkiem spełnienia kilku kluczowych warunków - w tym zagwarantowania odpowiednio wysokiego wynagrodzenia, odbiurokratyzowania pracy lekarza i zapewnienia bezpiecznych warunków pracy (normy zatrudnienia, „racjonalna” liczba pacjentów przypadająca na lekarza etc.). Bez spełnienia tych warunków, oceniają lekarze, jeśli politycy będą siłowo forsować swoje rozwiązania, nastąpi mniej lub bardziej szeroki exodus z sektora publicznego. Przy czym trzeba pamiętać o dwóch kwestiach: sektor prywatny nie musi być wcale pierwszym wyborem - wiele krajów UE (w tym choćby Niemcy) aktywnie poszukują lekarzy. I rezygnacja z pracy w systemie publicznym nie musi być wcale masowa, by stała się dla systemu i pacjentów dotkliwa. Wystarczy, by objęła newralgiczne specjalizacje.
Małgorzata Solecka

