Pod koniec 2015 r Najwyższa Izba Kontroli opublikowała raport na temat ambulatoryjnej opieki zdrowotnej wskazując źródła i przyczyny szwankowania niektórych elementów tego segmentu systemu opieki zdrowotnej. Tymczasem „Dziennik Gazeta Prawna” po raz kolejny jako źródło i przyczynę wszelkiego zła wskazał… lekarzy POZ. W dodatku, podpierając się raportem NIK.

To już druga, na przestrzeni ostatnich kilku miesięcy, publikacja tak zdecydowanie uderzająca w lekarzy POZ. W lipcu DGP oskarżył lekarzy podstawowej opieki zdrowotnej o „przejedzenie bezprecedensowej podwyżki” i oszczędzanie na pacjentach. Najnowsza publikacja powtarza te tezy – lekarze nie zlecają badań profilaktycznych i nie badają pacjentów tak starannie, jak powinni to robić.

Kłopoty w POZ i AOS – winny minister zdrowia 

Po tej pierwszej przedstawiciele lekarzy rodzinnych zabiegali w Naczelnej Izbie Lekarskiej o reakcję ze strony samorządu. Efekty? Problematyczne. Została przygotowana opinia prawna, która zawiera informacje w dużym stopniu już wcześniej znane, dotyczące na przykład warunków publikacji sprostowania, które musi być złożone do trzech tygodni od dnia ukazania się kwestionowanych treści i odnosić się do faktów, nie zaś do opinii zawartych w tekście. Trzytygodniowy termin złożenia sprostowania mija co prawda dopiero 22 grudnia, ale dobrą praktyką – stosowaną np. przez urzędy i instytucje – jest jego publikacja na własnych stronach internetowych czy portalach informacyjnych. Samorząd lekarski – zarówno na poziomie Naczelnej Izby Lekarskiej jak i izb okręgowych – takie narzędzia posiada. Ale zbyt rzadko z nich korzysta (jeśli w ogóle).

Tym razem również próżno szukać publikacji, która wskazywałaby na ewidentne błędy (przekłamania?). A jest to jeszcze łatwiejsze niż latem, kiedy wystarczyło tylko dokonać wyliczeń, ile tak naprawdę na zmianie zasad finansowania POZ zyskała od stycznia 2015 roku przeciętna praktyka lekarza podstawowej opieki zdrowotnej. Teraz – należało po prostu sięgnąć po cytaty i wnioski z raportu NIK.

Ostrze krytyki kontrolerów nie jest bowiem wcale skierowane przeciw lekarzom POZ – co więcej, NIK staje w ich obronie, wskazując na fatalne uwarunkowania, w jakich wykonują swoją pracę. Główny ciężar odpowiedzialności za mankamenty funkcjonowania ambulatoryjnej opieki zdrowotnej (zarówno AOS jak i POZ) spoczywa, według NIK, na ministrze zdrowia, który latami ignorował sygnały, płynące z tego segmentu systemu i nie był zainteresowany ani tym, jak wydawane są w nim publiczne pieniądze, ani tym, jakie są potrzeby pracowników (i pacjentów) i możliwości ich zaspokojenia.  „Najwyższa Izba Kontroli negatywnie oceniła działania ministra zdrowia na  rzecz tworzenia warunków dla prawidłowego funkcjonowania podstawowej opieki zdrowotnej i ambulatoryjnej opieki specjalistycznej. Zakres prowadzonych przez ministra zdrowia analiz i ocen potrzeb zdrowotnych w zakresie opieki ambulatoryjnej, podstawowej i specjalistycznej, w okresie objętym kontrolą (1 stycznia 2012 r. do 30 czerwca 2014 r.), był ograniczony. Nie dokonywano systematycznej oceny dostępności świadczeń POZ i AOS” – brzmi podstawowy wniosek sformułowany przez kontrolerów.

 Szczególnie mocno brzmią zarzuty o ignorowaniu zarówno ekspertyz (prac naukowych, opracowań), przygotowywanych na uczelniach medycznych, w instytutach – z zakresu zdrowia publicznego i organizacji systemu, jak i przedkładanych przez konsultantów krajowych, w tym w dziedzinie medycyny rodzinnej.


Polska przypadłość – szpitalocentryczna ochrona zdrowia  

Konsultant krajowy w dziedzinie medycyny rodzinnej już w 2012 r. przestrzegał przed istotnym zróżnicowaniem w dostępie do świadczeń POZ na terenie kraju. Rok później alarmował o nieefektywnej współpracy podstawowej opieki zdrowotnej z innymi częściami systemu ochrony zdrowia, w tym z AOS.

Wnioski NIK potwierdza wcześniej publikowany i opisywany również na tych łamach raport OECD „Health at a Glance”, według którego polski system ochrony zdrowia jest w dalszym ciągu szpitalocentryczny – w przeciwieństwie do innych krajów, które lecznictwo szpitalne starają się ograniczać na rzecz opieki ambulatoryjnej. W Polsce ta ostatnia, zwłaszcza na poziomie POZ, była do tej pory wręcz marginalizowana, choć na poziomie deklaracji polityków oczywiście lekarz POZ miał być fundamentem, filarem systemu. Za tymi deklaracjami nie poszły jednak ani rozwiązania prawne, ani – przede wszystkim – strumień pieniędzy.

NIK skontrolowała kilkudziesięciu świadczeniodawców, którzy – co warto podkreślić – otrzymali w raporcie ocenę pozytywną (choć niektórzy z zastrzeżeniami).  I na poziomie kontroli placówek wnioski NIK pokrywają się z tym, co od lat powtarzają lekarze. Jednym z kluczowych wniosków jest bowiem konstatacja, że w skontrolowanych placówkach, które nie były jednoosobową praktyką lekarską i zatrudniały więcej niż jednego lekarza POZ, liczba pracujących lekarzy przewyższała liczbę etatów. Lekarze w przychodniach pracują często na ułamek etatu, czego efektem jest m.in. niemożność realizacji przez pacjenta prawa do leczenia się u lekarza, na którego aktywnej liście figuruje. Pacjent wybiera lekarza X., ale gdy musi skorzystać z porady, przyjmuje go lekarz Y., Z. czy A. – często za każdym razem inny.

To musi mieć swoje konsekwencje. NIK pisze w raporcie: „Tylko połowa wizyt była realizowana u lekarza wskazanego w deklaracji wyboru, co nie sprzyjało budowaniu zaufania, więzi i porozumienia z podopiecznymi”. Być może jest to jedna z przyczyn fatalnych ocen, jakie w przywoływanym już raporcie OECD uzyskali polscy lekarze od pacjentów w zakresie komunikacji. Nie jedyna, i zapewne nie najważniejsza, ale istotna – lekarze nie znają swoich pacjentów, pacjenci – nie znają lekarzy. Dlaczego?

To, znów, nie jest wina lekarzy, ale stworzonych warunków systemowych. Lekarze POZ od lat alarmują, że grozi im (i pacjentom) katastrofa demograficzna. Lekarzy, chcących i mogących pracować w POZ ubywa i robią się coraz starsi. Te ułamkowe części etatu to często emeryci, którzy nie tylko „dorabiają” do niewysokiej lekarskiej emerytury, ale wręcz – ratują możliwość funkcjonowania przychodni. Bo nikt inny pracować tam nie chce. Specjalizację z medycyny rodzinnej wybiera niewielu młodych medyków. Nie chcą „grzęznąć” w gabinetach poz, które dają o wiele mniejsze możliwości rozwoju zawodowego, również w wymiarze ekonomicznym.

 Choć NIK nie stwierdziła, by pacjenci mieli problem z dostępnością świadczeń w POZ (większość pacjentów otrzymuje poradę w dniu zgłoszenia, lub w ciągu 1-2 dni po rejestracji), potwierdziła to, co również lekarze powtarzają od lat. Jest ich po prostu za mało. Jeśli lekarzy jest za mało, pacjentów – nie ubywa i są przyjmowani „na bieżąco”, ucierpieć musi trzecia zmienna, czyli – czas poświęcany każdemu z pacjentów. W raporcie NIK sporo miejsca poświęcono na profilaktykę chorób cywilizacyjnych – i tutaj „Dziennik Gazeta Prawna” zbliżył się od własnych opinii do faktów. Rzeczywiście, profilaktyka ta – szwankuje. Mimo dodatkowych bodźców finansowych (programy te są finansowane poza stawką kapitacyjną). NIK stwierdziła np., że w ramach programu profilaktyki chorób układu krążenia liczba przebadanych nie przekraczała – rocznie – 3 proc. populacji podlegającej badaniu. Powody, wg NIK to: „brak zainteresowania programem ze strony świadczeniodawców ze względu na jego dużą pracochłonność, konieczność posiadania łącza internetowego oraz niska dyspozycyjność świadczeniobiorców”. Przekładając z języka kontrolerów – program został tak skonstruowany, że nie budzi zainteresowania ani lekarzy, ani pacjentów. Z każdym programem wiążą się obciążenia sprawozdawcze, na które lekarzom po prostu nie wystarcza czasu. Lekarze bardzo często są zmuszeni załatwiać tylko konkretny problem, z którym pacjent się zgłasza. Bo za drzwiami czeka kolejka i to nie kilku czy kilkunastu, ale kilkudziesięciu osób, które muszą być przyjęte. Nie starcza na pomiary BMI, na rozmowę o diecie, nawet jak lekarz widzi, że pacjent z zapaleniem oskrzeli jest otyły i przydałoby się porozmawiać z nim o zagrożeniach z tym związanych.

 

NIK skrytykowała również już nieobowiązujący w POZ sposób finansowania opieki nad pacjentami z cukrzycą i chorobami układu krążenia (przelicznik 3,0). Kontrolerzy postawili duży znak zapytania przy realizacji świadczeń, wynikających z kontraktu. Część lekarzy, zdaniem NIK, nie wykonywała wszystkich świadczeń, do których byli zobowiązani. W efekcie – koszty AOS w kardiologii i diabetologii zamiast spaść, zwiększyły się.

 Ale to również bardziej zarzut pod adresem urzędników niż lekarzy. Wprowadzając zmiany – podyktowane racjonalną chęcią skrócenia kolejek w AOS i oszczędnościami – nie określono ani standardów świadczeń, należących się pacjentom, ani nie stworzono możliwości monitorowania procesu leczenia chorych.

 Nowy minister zdrowia, sam przecież – praktykujący lekarz rodzinny – problemy POZ zna od podszewki. Zapowiada powrót do idei lekarza rodzinnego i odbudowanie medycyny rodzinnej jako filaru systemu ochrony zdrowia. Również – znacznie korzystniejsze finansowanie, zachęty dla wybierających specjalizację, wreszcie – nowy podział kompetencji między POZ a AOS. Pozostaje mieć nadzieję, że kolejny raport NIK – dotyczący okresu urzędowania obecnego ministra – będzie jednoznacznie pozytywny. Albo raczej – że planowane zmiany okażą się korzystne. Dla lekarzy i przede wszystkim dla pacjentów.

Dla OIL w Gdańsku pisze Małgorzata Solecka, dziennikarka i publicystka. Pracowała m.in. w „Rzeczpospolitej” i tygodniku „Newsweek Polska”. Problematyką ochrony zdrowia zajmuje się od 1998 roku. Obecnie współpracuje m.in. z miesięcznikiem „Służba Zdrowia” i portalem „Medycyna Praktyczna”.

Możliwość komentowania jest wyłączona.