System od trzech dekad finansowany jest poniżej kosztów własnego utrzymania. Odpowiedzialność za to od lat wygodnie przerzuca się na tych, którzy w nim leczą pacjentów.
Gdy w lutym 2026 roku Narodowy Fundusz Zdrowia poinformował, że za część zeszłorocznych świadczeń zapłaci szpitalom zaledwie 30 proc. ich wyceny, dyrektorzy placówek zapowiedzieli protest. Kilka miesięcy wcześniej minister zdrowia Jolanta Sobierańska-Grenda mówiła publicznie o szpitalach, w których wynagrodzenia personelu pochłaniają ponad 100 proc. budżetu. Zestawione obok siebie te dwie informacje dobrze streszczają spór, jaki od lat toczy się wokół polskiej ochrony zdrowia: czy system tonie, bo płaci personelowi za dużo, czy dlatego, że od trzech dekad dostaje za mało pieniędzy.
Odpowiedź, jaką dają dane Eurostatu, OECD (ang. Organization for Economic Co-operation and Development), Najwyższej Izby Kontroli i samego Funduszu, jest jednoznaczna - choć niewygodna dla tych, którzy od lat szukają prostego winnego w białym kitlu.
Rachunek, który się nie zgadza
Zacznijmy od liczby, wokół której toczy się cały spór. W 2022 roku Polska przeznaczyła na ochronę zdrowia 6,4 proc. PKB - wobec średniej unijnej wynoszącej 10,4 proc. Uplasowało to nasz kraj na czwartym miejscu od końca w całej Unii Europejskiej. Wydatki publiczne sięgały wówczas zaledwie 4,8–5 proc. PKB.
Najnowszy raport OECD „Health at a Glance 2025”, oparty na danych za 2024 rok, pokazuje wyraźną poprawę: łączne wydatki wzrosły do 8,1 proc. PKB, z czego publiczne przekroczyły 6 proc. To realny postęp, ale wciąż niewystarczający - średnia OECD to 9,3 proc., a wydatki per capita w Polsce (ok. 4,2 tys. dolarów PPP rocznie) pozostają dwukrotnie niższe niż w Niemczech i wyraźnie odbiegają od średniej OECD, sięgającej blisko 6 tys. dolarów.
Jest w tym jeszcze jeden problem, który rzadko trafia do debaty publicznej. Ustawa o minimalnych nakładach na zdrowie odnosi wydatki do PKB sprzed dwóch lat, co pozwala politykom raportować wyższe wskaźniki procentowe, niż wynika to z bieżącej relacji nakładów do gospodarki. Licząc metodą stosowaną przez Eurostat, rzeczywisty poziom finansowania publicznego jest niższy, niż wynika to z oficjalnych komunikatów resortu.
Skąd bierze się dziura w NFZ
Zadłużenia samodzielnych publicznych zakładów opieki zdrowotnej w Polsce rosną od dekad niemal bez przerwy. W trzecim kwartale 2016 roku wynosiło ok. 11,2 mld zł - już wtedy był to najwyższy wynik od kilku lat. Do trzeciego kwartału 2023 roku urosło do 21,3 mld zł, a na koniec trzeciego kwartału 2025 roku zobowiązania samodzielnych publicznych zakładów opieki zdrowotnej sięgnęły już 27,7 mld zł, z czego ponad 4,24 mld zł to długi przeterminowane. Budżet NFZ na 2026 rok, mimo że nominalnie rekordowy (221–248 mld zł), ma lukę finansową szacowaną na 18–23 mld zł, a Instytut Finansów Publicznych wraz z Federacją Przedsiębiorców Polskich prognozuje, że w perspektywie do 2028 roku skumulowana luka finansowa może sięgnąć nawet 249 mld zł.
Skąd bierze się ta dziura? Odpowiedź, którą konsekwentnie powtarzają kontrolerzy NIK i analitycy rynku szpitalnego, brzmi: koszty funkcjonowania placówek rosną szybciej niż wycena świadczeń przez płatnika publicznego. NFZ rozlicza procedury według stawek, które od lat nie nadążają za realnym wzrostem cen energii, leków, sprzętu i pracy. W skrajnych przypadkach fundusz proponuje zapłatę za nadwykonania na poziomie zaledwie 30 proc. ich wyceny - a to, jak podkreślają dyrektorzy szpitali, nie pokrywa nawet bezpośrednich kosztów udzielonego świadczenia.
Do tego dochodzi problem nierównej wyceny procedur. Część świadczeń od lat generuje straty, podczas gdy inne, takie jak część zabiegów okulistycznych, są wycenione korzystnie i chętnie przejmowane przez placówki prywatne. To mechanizm opisywany przez ekspertów już ponad dekadę temu, który do dziś pozostaje nierozwiązany.
Pensje rosną, bo system tego wymaga
To miejsce w debacie najbardziej podatne na selektywną interpretację danych. Faktem jest, że udział wynagrodzeń w budżetach szpitali osiągnął dziś poziom bez precedensu. Jak informowała w 2026 roku minister zdrowia, średnio 81,3 proc. środków otrzymywanych
z NFZ szpitale przeznaczają na pensje, a w niektórych placówkach wskaźnik ten sięga 106 proc. - co oznacza, że szpital dopłaca do funkcjonowania z innych źródeł. To realny problem zarządczy, który resort zamierza teraz regulować ustawowym limitem.
Nieprawdziwy jest jednak wniosek, że stoją za tym „zbyt wysokie” pensje lekarzy. Wskaźnik ten trzeba czytać łącznie z resztą obrazu: to nie wynagrodzenia rosną w oderwaniu od rzeczywistości, lecz przychody szpitali z NFZ nie nadążają ani za kosztami pracy, ani za pozostałymi kosztami działalności. Skoro wycena świadczeń od lat nie zmienia się realnie, a jednocześnie ustawowo rosną minimalne wynagrodzenia w ochronie zdrowia - mechanizm wprowadzony ustawą z 2017 roku i wielokrotnie od tego czasu nowelizowany - udział kosztów pracy w przychodach placówki będzie rósł niezależnie od tego, czy pojedyncza pensja lekarza jest, czy nie jest wysoka w ujęciu bezwzględnym. Jak zwracają uwagę komentatorzy rynku szpitalnego, sam wzrost wynagrodzeń nie tłumaczy kryzysu finansowego szpitali - jest kolejną warstwą kosztów nakładaną na system, który od lat nie potrafi rozwiązać problemu płynności i wyceny świadczeń.
Warto dodać kontekst, o który regularnie upomina się środowisko lekarskie: to zarobki po kilkunastu latach kształcenia - sześcioletnich studiach, rocznym stażu i kilkuletniej rezydenturze opłacanej w trakcie wyraźnie poniżej stawek specjalisty - często przy pracy w kilku miejscach jednocześnie z powodu strukturalnego niedoboru kadr w niektórych regionach i specjalizacjach, przy udokumentowanym wysokim ryzyku wypalenia zawodowego. Te koszty rzadko pojawiają się w publicystyce skupionej wyłącznie na kwocie widniejącej na wypłacie.
Kwoty, które szokują - i dlaczego nie są regułą
W czerwcu 2026 roku opinią publiczną wstrząsnęła sprawa Dawida Kacprzyka, 28-letniego lekarza w trakcie specjalizacji z anestezjologii i intensywnej terapii, jednocześnie radnego jednej z warszawskich dzielnic z ramienia Koalicji Obywatelskiej. Jako koordynator Szpitalnego Oddziału Ratunkowego w Szpitalu Południowym zadeklarował w oświadczeniu majątkowym dochód za 2025 rok przekraczający 1,6 mln zł. Z dokumentacji szpitalnej, do której dotarli dziennikarze, wynikało, że w tym samym roku miał przepracować blisko 4 tysiące godzin - statystycznie około 11 godzin dziennie bez dnia wolnego. Sprawą zajęły się Naczelna Izba Lekarska, prokuratura oraz kontrolerzy Mazowieckiego Urzędu Wojewódzkiego i NFZ; Kacprzyk stracił stanowisko, mandat i zniknął z życia publicznego.
Przypadek ten - słusznie budzący oburzenie - stał się jednak w debacie publicznej punktem wyjścia do uogólnienia, którego nie potwierdzają dane. Według Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji (AOTMiT), gromadzącej dane płacowe z 538 spośród 559 szpitali należących do sieci szpitali (96,24 proc. wszystkich placówek tej sieci), średnie wynagrodzenie lekarza specjalisty zatrudnionego na etacie wynosiło w lutym 2026 roku 24 044,76 zł brutto - z czego najsłabiej zarabiająca część tej grupy otrzymywała średnio 15 759,32 zł, a najlepiej wynagradzana jedna czwarta powyżej 29 030,77 zł. Zbliżoną medianę - 25,6 tys. zł brutto miesięcznie w jednej placówce - notują też specjaliści pracujący na kontraktach cywilnoprawnych, na których, jak wynika z danych AOTMiT, oparta jest dziś praca około 73,16 proc. specjalistów zatrudnionych w polskich szpitalach. Zarobki rzędu tych zadeklarowanych przez Kacprzyka dotyczą w Polsce, według szacunków rynkowych AOTMiT jedynie 625 lekarzy specjalistów zatrudnionych na kontraktach oraz 49 lekarzy etatowych i przekraczają 100 tys. zł miesięcznie. Liczby te dotyczą jedynie rekordów umów i zatrudnienia, a niekoniecznie rutynowego wynagrodzenia ponad 140 tysięcy czynnych zawodowo lekarzy.
To nie znaczy, że przypadki skrajnie wysokich, trudnych do skontrolowania zarobków nie zasługują na uwagę - przeciwnie, obnażają one nieprzejrzystość systemu rozliczeń kontraktowych i brak realnych limitów czasu pracy, które powinny zostać uszczelnione. Oznacza to, że budowanie na pojedynczym, medialnym przypadku ogólnej tezy o „lekarzach milionerach” jest błędem tego samego rodzaju, co wnioskowanie o zarobkach całej branży na podstawie premii jednego prezesa lub wynagrodzenia posła.
Koniec mitu o brakujących lekarzach
Jeszcze do niedawna podstawowym wyjaśnieniem kolejek był deficyt lekarzy - i faktycznie w 2019 roku wskaźnik ten wynosił w Polsce 2,4 lekarza na 1000 mieszkańców i był najniższy w całej Unii Europejskiej. Najnowszy raport OECD pokazuje jednak, że Polska dogoniła średnią OECD - 3,9 lekarza na 1000 mieszkańców - choć wciąż odbiega od średniej unijnej (4,3). Znacznie gorzej wygląda sytuacja pielęgniarek: 5,9 na 1000 mieszkańców wobec unijnej średniej 8,5. Do tego dochodzi wysoki udział lekarzy powyżej 55. roku życia oraz zróżnicowanie geograficzne dostępu do specjalistów, ze szczególnym niedoborem w mniejszych miejscowościach i na wsi.
To istotna zmiana diagnozy. Problem systemu przesuwa się dziś z prostego niedoboru rąk do pracy w stronę organizacji, finansowania i dystrybucji kadr - co wyklucza tezę, że wystarczy „obniżyć zarobki lekarzom”, by naprawić system.
„Służba zdrowia” nie istnieje od 1999 roku
Jest jeszcze jeden szczegół, który wielu autorom komentarzy o zarobkach lekarzy regularnie umyka - i który zdradza, jak słabo rozumieją system, o którym piszą. Termin „służba zdrowia” odnosił się do modelu sprzed reformy z lat 1997 - 1999: systemu budżetowego, w którym placówki medyczne były bezpośrednio finansowane i zarządzane centralnie przez państwo, a personel formalnie pełnił rodzaj służby państwowej. Ustawa o powszechnym ubezpieczeniu zdrowotnym z 6 lutego 1997 roku (Dz.U. 1997 nr 28 poz. 153) wprowadziła fundamentalną zmianę modelu: obowiązkową składkę zdrowotną, kasy chorych - później przekształcone w Narodowy Fundusz Zdrowia - kontraktowanie świadczeń oraz przekształcenie placówek w samodzielne publiczne zakłady opieki zdrowotnej, działające w wielu aspektach jak podmioty zawierające umowy cywilnoprawne z płatnikiem publicznym. Reforma weszła w życie 1 stycznia 1999 roku, po dwuletnim vacatio legis.
Od tego dnia w polskim porządku prawnym nie funkcjonuje już pojęcie „służby zdrowia” jako systemu. Obowiązującym terminem ustawowym jest „system ochrony zdrowia” oparty na powszechnym ubezpieczeniu zdrowotnym, w którym świadczeniodawcy - w tym lekarze, najczęściej działający na kontraktach cywilnoprawnych, a nie w stosunku służbowym - są kontrahentami płatnika publicznego, a nie funkcjonariuszami pełniącymi „służbę”. To rozróżnienie nie jest wyłącznie semantyczne: forma zatrudnienia ma bezpośrednie znaczenie prawne dla sposobu naliczania wynagrodzeń, zakresu odpowiedzialności i zasad finansowania świadczeń - dlatego proste porównania „pensji lekarza” do pensji urzędnika czy funkcjonariusza publicznego są metodologicznie chybione.
Posługiwanie się dziś pojęciem „służby zdrowia” w kontekście krytyki zarobków lekarzy - mimo że słowo to wciąż funkcjonuje potocznie, także w publikacjach branżowych, jako synonim ochrony zdrowia - bywa więc sygnałem, że autor komentarza nie do końca rozumie zasady prawne i finansowe systemu, o którym się wypowiada. Nie wie, skąd faktycznie pochodzą pieniądze na wynagrodzenia świadczeniodawców, co stawia go w świetle nierzetelnego i niekompetentnego komentatora aktualnej sytuacji systemu.
Kto naprawdę odpowiada za kryzys
Dane przywołane wyżej pozwalają uporządkować przyczyny kryzysu według ich wagi, a nie tylko wymienić je obok siebie. Pierwotna przyczyna jest jedna: Polska od trzech dekad przeznacza na ochronę zdrowia mniej niż średnia unijna i średnia OECD - w 2024 roku 8,1 proc. PKB wobec 9,3 proc. w OECD, a licząc metodą Eurostatu dla samych wydatków publicznych, dystans jest jeszcze większy. To ten strukturalny deficyt, utrzymujący się od lat, tłumaczy zarówno niedoinwestowanie infrastruktury, jak i zaniżoną wycenę świadczeń.
Mechanizm, przez który ten deficyt trafia do budżetów szpitali, jest drugorzędny wobec przyczyny, ale kluczowy dla zrozumienia skutków: NFZ rozlicza procedury według stawek nienadążających za realnym wzrostem kosztów energii, leków i pracy, czego skrajnym przejawem są rozliczenia nadwykonań na poziomie 30 proc. wyceny.
Rosnący udział wynagrodzeń w budżetach szpitali - średnio 81,3 proc., lokalnie 106 proc. - jest w tym układzie skutkiem księgowym tego mechanizmu, a nie jego przyczyną: pensje rosną w tempie określonym ustawą z 2017 roku, podczas gdy wycena świadczeń rośnie wolniej, więc udział płac w przychodach placówki rośnie niezależnie od tego, czy pojedyncza pensja jest wysoka w ujęciu bezwzględnym.
Niedobór kadr lekarskich - realny problem jeszcze w 2019 roku (2,4 lekarza na 1000 mieszkańców) - dziś w dużej mierze ustąpił (3,9 na 1000 w 2025 roku) i nie tłumaczy już skali kolejek w takim stopniu jak wcześniej. Ciężar przesunął się na niedobór pielęgniarek oraz nierówny dostęp geograficzny do specjalistów.
Jedyny element tezy o odpowiedzialności personelu, który wytrzymuje konfrontację z danymi, dotyczy nie wysokości pojedynczych pensji, lecz braku ustawowego mechanizmu kontrolującego udział wynagrodzeń w budżecie placówki - dlatego resort zapowiedział na 2026 rok wprowadzenie limitu 60 -70 proc. To dowód na to, że system rozliczeń był przez lata pozbawiony bezpieczników, a nie na to, że lekarze zarabiają za dużo.
Krótko: kryzys polskiej ochrony zdrowia ma jedną przyczynę pierwotną - chroniczne niedofinansowanie systemu względem PKB - oraz dwie przyczyny pochodne: wadliwą wycenę świadczeń i niedobory kadrowe, dziś skoncentrowane w pielęgniarstwie. Wysokość wynagrodzeń lekarzy jest w tym układzie skutkiem, a nie przyczyną.
| NAJWAŻNIEJSZE LICZBY 8,1 proc. PKB wydatki na zdrowie w Polsce w 2024 r. (OECD), wobec 9,3 proc. średniej OECD + 147 proc. w 9 lat dług samodzielnych publicznych zakładów opieki zdrowotnej: 11,2 mld zł (2016) → 21,3 mld zł (2023) → 27,7 mld zł (2025) 18–23 mld zł szacowana luka w budżecie NFZ na 2026 r., przy planie 221–248 mld zł do 249 mld zł prognozowana skumulowana luka finansowa NFZ w latach 2025–2028 81,3 proc. średni udział wynagrodzeń w środkach otrzymywanych przez szpitale z NFZ; w części placówek nawet 106 proc. 24 044,76 zł brutto mediana wynagrodzenia lekarza specjalisty na etacie w polskich szpitalach, wg AOTMiT (luty 2026 r.) 1 stycznia 1999 r. data wejścia w życie reformy znoszącej model „służby zdrowia” na rzecz ubezpieczeniowego systemu ochrony zdrowia |
Tekst powstał w oparciu o publicznie dostępne dane oraz raporty instytucjonalne (OECD, Eurostat, NIK) i doniesienia prasy branżowej z lat 2017–2026. Nie stanowi ekspertyzy prawnej ani ekonomicznej.
dr n. med. i n. o zdr. Mateusz Szczupak
dr n. med. i n. o zdr. Jakub Wiśniewski

