Od stycznia do marca pacjenci, którzy z gabinetu lekarza czy dentysty wyjdą z paragonem, mają szansę wygrać nowiutki samochód w Narodowej Loterii Paragonowej. Losowanie – w połowie kwietnia. Fiskus w kolejnych kwartałach „dociska” branże, w których paragony wystawia się… umiarkowanie często. Lekarze znaleźli się gdzieś między fryzjerami a restauratorami.

Czy słusznie? Miarodajnych badań brak. Można więc tylko bazować na indywidualnych doświadczeniach. Moje, przyznam, są jednoznaczne – lekarze prywatnie praktykujący mają kasy fiskalne i z nich korzystają, osobiście albo wyręczając się rejestratorką nabijając wizytę na kasie. Ba, odkąd lekarze prywatnie praktykujący mają obowiązek posiadania kas, z mobilnym terminalem przyjeżdża do domu również pediatra, gdy choruje syn.
Podobno nie jest to regułą. Gazeta Wyborcza na początku marca opublikowała tekst, z którego wynika, że lekarze unikają wydawania paragonów, a więc – płacenia podatków. Tekst oparty na informacjach równie obiektywnych, co moje własne. Przesłanie dość jasne: dzięki Loterii Paragonowej może uda się zaszczepić w Polakach nawyk żądania paragonów, co przysporzy budżetowi wpływów, no i podniesie stopień naszej czujności obywatelskiej.
Jestem za płaceniem podatków. Jestem za czujnością obywatelską. Ale jednak mnie uwiera stawianie ostrych tez, na przykład: „lekarze unikają płacenia podatków”, jeśli brakuje danych. Twardych danych.

Temat paragonów, faktur, i ogólnie – rozliczania się lekarzy z wykonanej pracy w ogóle w ostatnich tygodniach był tematem dość drażliwym. Wszystko za sprawą młodego kardiologa, który na pokładzie samolotu lecącego ze Sztokholmu do Warszawy, odpowiedział na pytanie załogi: „czy jest na pokładzie lekarz”, zbadał pacjenta i udzielił mu pomocy, wydał instrukcje załodze (dzięki temu na chorego czekała karetka na płycie lotniska). A następnie, po upływie kilku dni wystawił dla LOT-u fakturę.

Rozpętała się burza. Lektura forów, zarówno ogólnodostępnych jak i zwłaszcza (zadziwiające) medycznych, każe sądzić, że zdecydowana większość może nie potępia, ale dystansuje się od decyzji lekarza. Przeważają głosy, że interweniując w sytuacji gdy pacjentowi potrzebna była pierwsza pomoc, lekarz wypełnił swój obowiązek i nie powinien oczekiwać zapłaty. Że w samolocie nie był w pracy, nie miał umowy z LOT-em na świadczenie usług, a może nawet aparat do EKG, którego użył w trakcie badania, nie ma odpowiednich atestów. To wszystko można poczytać w sieci. Pisali, co więcej, lekarze. W dziennikarskich relacjach też zresztą dominował ton lekkiego potępienia: do czego to doszło, że lekarz za udzielenie pierwszej pomocy oczekuje pieniędzy. A w prywatnych rozmowach często podróżujący medycy przyznawali, że zdarza im się na poszukiwania lekarza nie reagować, chyba że sytuacja jasno wskazuje na zagrożenie życia. Również dlatego, że linie lotnicze pomoc lekarza traktują jako zabezpieczenie przed ewentualnymi roszczeniami ze strony pacjenta. Zdarza się nawet, że stewardesy podsuwają lekarzowi dokumenty do podpisu, na przykład że lądowanie było niekonieczne.

Mało kto zwrócił uwagę, że jeśli w tej sprawie ktoś zachował się nie fair, nieelegancko i źle – to linie lotnicze LOT. Załoga potrzebowała wsparcia lekarza, fakt że znalazł się taki na pokładzie uchronił LOT i pasażerów przed awaryjnym lądowaniem w Gdańsku (łatwo policzyć koszty dla linii lotniczych i wyobrazić sobie kłopoty innych podróżujących), pechowy pacjent też „co nieco” lekarzowi zawdzięcza – stres w chorobach krążenia raczej nie pomaga. Lekarzowi należała się, co najmniej, rekompensata w postaci zwrotu kosztów biletu lub biletu open na dowolną europejską trasę liniami LOT. Z inicjatywy narodowego przewoźnika.
Lekarze powinni płacić podatki. A korzystający z pracy lekarzy powinni za nią płacić. To dwie strony tego samego medalu.
Małgorzata Solecka
Foto: imageworld.pl

Możliwość komentowania jest wyłączona.