Nową minister zdrowia została związana z Gdańskiem i Pomorzem Jolanta Sobierańska-Grenda, jedna z najbardziej rozpoznawalnych i doświadczonych menedżerek ochrony zdrowia. Czy w związku z tym można liczyć na „dobrą zmianę” w ochronie zdrowia?

Sama rekonstrukcja rządu nie była żadnym zaskoczeniem, premier planował ją od dawna. Przegrane wybory prezydenckie skomplikowały sytuację, plan rekonstrukcji musiał być przemyślany na nowo i odsunięty w czasie, ale ostatecznie 23 lipca 2025 roku wszystko się wyjaśniło. Co ciekawe, decyzja o zmianie na stanowisku ministra zdrowia nie była oczywista, przez wiele tygodni wydawało się, że Izabela Leszczyna, choć kiepsko oceniana (druga, po Barbarze Nowackiej, szefowej resortu edukacji, w rankingu najsłabszych ministrów w wielu sondażach), obroni swoją pozycję. Dopiero na niespełna tydzień przed rekonstrukcją pojawiły się bardziej wiarygodne informacje, że Tusk chce zmiany.

Pytanie, po co? Szef rządu wpisał resort zdrowia na krótką listę ministerstw „do wzięcia” dla Polski 2050, ale Szymon Hołownia zdecydował się nie skorzystać z okazji i wybrał kulturę. Tusk miał wtedy zapowiedzieć, że ponieważ koalicjanci nie palą się do brania odpowiedzialności za ten trudny obszar, resort zdrowia poprowadzą fachowcy, a więc - partie koalicyjne nie będą mieć swoich przedstawicieli w kierownictwie ministerstwa. Tak też przedstawił sprawę podczas publicznej prezentacji zrekonstruowanego gabinetu. - W ciągu kilku dni kierownictwo MZ zostanie odpartyjnione, będą nim kierować fachowcy od zarządzania ochroną zdrowia.

Jolancie Sobierańskiej-Grendzie, która do resortu odeszła ze stanowiska prezesa spółki Szpitale Pomorskie, trudno odmówić fachowości. Z kim będzie pracować, to jeszcze tydzień po konferencji prasowej premiera stanowiło niewiadomą. Wiadomo było jednak, od samego początku, że nie będzie to misja łatwa. Również dlatego, że szef rządu popełnił - nie wiadomo, na ile mimowolnie, na ile z premedytacją - poważny błąd, komplikujący start nowej minister, mówiąc, że jedynym celem działania resortu zdrowia i rządu będzie poprawa sytuacji pacjentów. - Powiem brutalnie, nie poprawa sytuacji lekarzy - mówił premier.

Środowisko lekarskie zareagowało natychmiast i jednoznacznie, wskazując, że premier tą wypowiedzią wprost zaatakował lekarzy, sugerując wręcz, że do tej pory decyzje, jakie zapadały, poprawiały sytuację (warunki pracy, wynagrodzenia) tej grupy zawodowej. Nawet jeśli uznać jednak, że nie tak była intencja Donalda Tuska (trudno co prawda znaleźć alternatywę) a lekarze ją nadinterpretowali (znów, jak racjonalnie inaczej wyjaśnić, co premier miał na myśli), na początek urzędowania nowej minister został rzucony głęboki cień.

To niejedyna, zresztą „niezręczność” Tuska. W środę 23 lipca premier ogłosił odpartyjnienie resortu, w piątek przed południem Lewica postawiła, podczas drugiego czytania, weto wobec rządowej ustawy reformującej szpitalnictwo (kilkadziesiąt minut później premier przekazał ministrom, że wprowadza bezwzględną dyscyplinę, ministrowie i wiceministrowie będą mieć obowiązek głosowania „za” projektami rządowymi), zaś pytanie o możliwości wprowadzania decyzji bez zaplecza politycznego nigdy nie było bardziej zasadne.

Ale jeszcze poważniejsze znaki zapytania generuje nieodległa przeszłość, a konkretnie - długa lista obietnic, składanych zarówno opinii publicznej jak i konkretnym interesariuszom, w tym środowisku lekarskiemu, przez poprzednie kierownictwo Ministerstwa Zdrowia (i nie tylko).

29 lipca prezes Naczelnej Rady Lekarskiej publicznie przedstawił listę kilkunastu zapowiedzi, z których część została sformułowana wręcz w pierwszych dniach i tygodniach funkcjonowania rządu Donalda Tuska - i do dziś nie znalazła pokrycia w decyzjach. - Dziś występujemy z dużą emocją, z rozżaleniem, z poczuciem bycia oszukanymi przez rządzących - powiedział prezes NRL, podkreślając, że rządzący wolą mamić opinię publiczną historiami o zarobkach dwustu lekarzy, którzy - według danych AOTMiT - zarabiają na kontraktach więcej niż 100 tys. zł, zamiast skupić się na realizacji tego, co zostało przyrzeczone - czy to lekarzom, czy pacjentom.

Wśród niespełnionych obietnic wymienił m.in.:

- brak rozszerzenia systemu no-fault,

- niewdrożenie systemu automatycznego oznaczania refundacji,

- brak ochrony prawnej dla personelu medycznego,

- tolerowanie niskich standardów jakości kształcenia medyków,

- nieskuteczną walkę z dezinformacją medyczną i „szarlatanami”,

- brak jasnego zakazu wykonywania inwazyjnych zabiegów medycyny estetycznej przez kosmetyczki i kosmetologów,

- niewdrożenie odpowiedniej kontroli tzw. receptomatów,

- brak wprowadzenia standardu teleporady,

- brak odpowiedniego finansowania świadczeń stomatologicznych,

- zaniedbania w profilaktyce,

- stosowanie kreatywnej księgowości w zakresie ukazywania wzrostu nakładów finansowych na system ochrony zdrowia.

W tych wszystkich punktach, jak wskazywał prezes NRL, nie brakowało daleko idących obietnic. W ślad za którymi nie poszły jednak działania.

W sposób szczególny mocno wybrzmiał zawód kwestią systemu no-fault. Z jednej strony dlatego, że Łukasz Jankowski obiecywał w maju 2022 roku walkę o to rozwiązanie, zdejmujące z lekarzy zagrożenie odpowiedzialnością karną. Ale chyba jeszcze bardziej dlatego, że nowy rząd - ustami i minister zdrowia i ministra sprawiedliwości Adama Bodnara - rzeczywiście wydawał się przekonany do takiego rozwiązania. Pierwszy krok został zresztą poczyniony, bo zlikwidowano komórki w prokuraturach, zajmujące się ściganiem błędów medycznych. Ale za tą decyzją, będącą prostym odwróceniem działań poprzedniego ministra sprawiedliwości, nie poszły kolejne, choć takie obietnice składała i Leszczyna i Bodnar. Padały daty - a potem już przestały padać, resort sprawiedliwości „zamilkł”, a MZ powołało zespół, który od wiosny tego roku zajmuje się sprawą no-fault od zera. Lekarze obawiają się, że nowy szef resortu sprawiedliwości może mieć „inne sprawy na głowie” i w efekcie, mimo teoretycznie sprzyjającego klimatu, jednego z kluczowych postulatów środowiska nie uda się zrealizować.

Krócej, ale z równie wielkim rozczarowaniem, lekarze czekają na zapowiedziane działania poprawiające bezpieczeństwo personelu medycznego. W dniu, w którym Jankowski recenzował dorobek Ministerstwa Zdrowia i rządu, minęły trzy miesiące od tragedii w Krakowie, gdzie w szpitalu uniwersyteckim agresywny pacjent śmiertelnie poranił nożem lekarza. Po śmierci dr. Tomasza Soleckiego padło wiele słów, wiele deklaracji, w tym - zapowiedzi zaostrzenia kar za agresję wobec medyków. Zmiany w Kodeksie karnym i Kodeksie postępowania karnego (m.in. wprowadzenie dotkliwych kar finansowych za zakłócenie porządku w placówkach medycznych) rząd miał przyjąć w pierwszej wersji do końca maja, w ostatniej - do końca lipca. Nie przyjął. - Oprócz wytycznych Prokuratora Generalnego dotyczących spraw agresji względem medyków, nie doczekaliśmy się żadnego konkretu – mówił Łukasz Jankowski.

Ostatni, bardzo świeży, przykład braku realizacji obietnic, to kwestia jakości kształcenia przed dyplomowego lekarzy. Przedstawiciele resortów zdrowia oraz nauki od stycznia 2024 roku zapewniali, że kwestia jakości kształcenia będzie mieć priorytet przy podejmowaniu decyzji dotyczących kierunków lekarskich, które otrzymały uruchomione mimo negatywnej opinii Polskiej Komisji Akredytacyjnej. - Sprawa znalazła swój przykry finał w postaci rekomendacji Ministerstwa Edukacji dla Ministerstwa Zdrowia, według których nawet uczelnie z negatywną oceną Polskiej Komisji Akredytacyjnej mogą nadal kształcić przyszłych lekarzy – wskazywał Łukasz Jankowski. W ostatnich dniach lipca takie rekomendacje wydano dla szkół w Nowym Targu i Nowym Sączu, a uzasadnienie resortu nauki opierało się na dużych inwestycjach, poczynionych na rzecz kierunków lekarskich.

To również wskazówka, że w sprawach ważnych dla zdrowia decyzje zapadają nie tylko w Ministerstwie Zdrowia, więc kluczowe jest nastawienie całego rządu i to, jakie miejsce sprawy ochrony zdrowia zajmują wśród priorytetów. A że jest ono nie najwyższe, pokazuje choćby szumnie ogłaszany projekt ustawy „Lex szarlatan”, którego istotą jest z jednej strony walka z dezinformacją na tematy medyczne, z drugiej – wprost z biznesem parazdrowotnym, czyli – znachorami. Według samorządu lekarskiego to typowy „kapiszon”, bo choć trudno odmówić zaangażowania Rzecznikowi Praw Pacjenta, równolegle przyjęte przez rząd kody PKD normalizują takie biznesy, jaki choćby leczenie biorezonansem, wprost wskazywanym przez RPP jako przykład działalności o charakterze szarlatańskim.

Łukasz Jankowski zapewnił, że samorząd lekarski jest gotowy do merytorycznej współpracy z nowym kierownictwem resortu zdrowia, nawet jeśli wypowiedzi premiera nie stworzyły dobrego klimatu. Podkreślił jednocześnie, że rząd nie może liczyć na żadne „nowe otwarcie” czy reset, obietnice złożone przez poprzedników pozostają na stole i lekarze nie zamierzają odpuszczać w staraniach o ich realizację.

Małgorzata Solecka